Dźwięk tykającego zegara był jedynym, który odważył się oddychać w tym domu. Tik tak, tik tak. Każda sekunda wydawała się ciosem. Zimny marmur odbijał blade światło świtu, a powietrze, przesiąknięte zapachem importowanych leków i zwiędłych kwiatów, niosło w sobie ciężar czegoś, co umierało powoli.
Mikołaj, półtoraroczny chłopiec, leżał nieruchomo w dębowym łóżeczku, z szeroko otwartymi oczami wpatrzonymi w biały sufit. Nie płakał, nie marudził, tylko patrzył, jakby już poddał się życiu. Kacper Kowalski klęczał przed łóżeczkiem, pochylony pod ciężarem zmęczenia i winy. Miał na sobie tę samą koszulę od trzech dni, a broda rosła mu nieposkromiona. Wokół niego pokój przypominał luksusowy szpital.
Słoiczki z organicznym przecierem, strzykawki z niemieckimi witaminami, drogie butelki – wszystko nietknięte. Ojciec uniósł strzykawkę i wyszeptał złamanym głosem: „Mikołaj, proszę, synku, tylko trochę”. Nic. Światło lampki migotało, odbijając się w szklanych butelkach otaczających łóżeczko.
Pielęgniarka Ola patrzyła w milczeniu na jego bladą, zmęczoną twarz. „Panie doktorze”, szepnęła niepewnie. „Jest czwarta nad ranem, musi pan odpocząć”. Kacper zwrócił się do niej powoli, z zaczerwienionymi, zapadniętymi oczami. „Odpocząć.” Słowo wypadło niemal jak gorzki śmiech. „Jak można odpocząć, widząc, jak własne dziecko umiera z głodu?” Ola spuściła wzrok.
Widziała już ból w wielu bogatych domach, ale nic takiego. Tu pieniądze zamieniały się w rozpacz. Kacper znów spojrzał na syna. Dziecko oddychało powoli, klatka piersiowa ledwo się poruszała. „Lekarze mówili, że to emocjonalne, prawda?” – zapytał, nie odrywając od niego wzroku. „Tak, panie doktorze. Ciało jest zdrowe. Ale wygląda, jakby… jakby się poddał” – odparła cicho Ola.
Słowa zawisły w ciężkim powietrzu, zmieszane z szumem nawilżacza. Kacper oparł dłonie na podłodze i trwał tak bez ruchu, aż łzy spłynęły cicho, jakby nie miał już siły nawet na płacz. W tym momencie patrzyło na niego rodzinne zdjęcie – Marcelina uśmiechnięta, półroczny Mikołaj na jej kolanach i on sam, człowiek, który myślał, że ma wszystko pod kontrolą.
Kacper wyciągnął rękę do ramki. Szkło pokryte było cienką warstwą kurzu. „To moja wina”, wyszeptał. „Nalegałem, żeby tam poszła. Powinienem był widzieć zagrożenie”. Pokój pachniał samotnością i żalem. Kilka godzin później, gdy dzień już nastał, Ola zeszła po schodach w milczeniu i wezwała lekarza.
Gdy doktor Nowak przybył, dom wciąż wyglądał jak mauzoleum. Okna były otwarte, lecz powietrze nie wnikało do środka. Spotkali się w bibliotece, między równo ustawionymi książkami i nadmiernie wypolerowanymi meblami. „Niech pan mówi wprost, doktorze” – powiedział Kacper, chrapliwym głosem. Pediatra westchnął głęboko. „Pana syn nie jest chory fizycznie, Kacprze. On się poddaje.”
„Poddaje?” – powtórzył Kacper niedowierzająco. „Chce pan przez to powiedzieć, że… że on nie chce już tu być?” Cisza stała się jeszcze cięższa. „Żaden lek nie zmusi go do jedzenia” – kontynuował lekarz. „On potrzebuje powodu, by znów zacząć żyć. A ten powód musi wyjść od pana.”
Kacper zaśmiał się. Krótko, gorzko. „Od mnie? To przeze mnie jest w tym stanie.” „Może pan tak wierzyć, ale nie o to chodzi” – odparł doktor Nowak, patrząc na niego uważnie. Kacper nie wytrzymał tego spojrzenia i podszedł do okna. Na zewnątrz ogród był pokryty suchymi liśćmi. Deszcz z poprzedniej nocy wciąż skapywał z gałęzi.
„Gdybym tylko wtedy posłuchał Marceliny…” – szepnął. „Mówiła, że ma złe przeczucie, ale ja nalegałem. Chciałem jej pokazać ten projekt.” Zamknął oczy. Wspomnienie wróciło ostre, bolesne. Metaliczny trzask, krzyk, cisza po upadku.
„Kacprze…” – lekarz mówił cicho. „Wypadki się zdarzają.” „Nie, gdy odpowiedzialność spoczywa na mnie.” Jego krzyk odbił się echem od ścian. W tej chwili milioner wyglądał jak mały chłopiec. Doktor Nowak poprawił okulary. „Pan jest uwięziony w poczuciu winy. Dopóki się pan nie wybaczy, syn będzie to odzwierciedlał. Dzieci czują, co my czujemy. Jeśli pan nie potrafi na niego patrzeć bez bólu, on uwierzy, że patrzenie na pana boli.”
Kacper osunął się na krzesło, bez sił. „A jeśli nie potrafię się wybaczyć?” „Wtedy straci pan oboje.” – odpowiedział lekarz. „Żonę, która odeszła, i syna, który wciąż tu jest.” Czas jakby stanął w miejscu. Gdy doktor wyszedł, Kacper wrócił na górę. Popołudniowe słońce wpadało nieśmiało przez firanki, rysując złote smugi na podłodze. Mikołaj wciąż leżał nieruchomo, wzrok utkwiony w suficie.
Kacper podszedł, wlokąc nogi. „Synku…” – jego głos był ledwo słyszalnym tchnieniem. „Jestem tu, dobrze? Już nie odejdę.” Usiadł na podłodze przy łóżeczku i trwał tak w milczeniu, obserwując każde płytkie westchnienie. Wyciągnął rękę między szczebelki, dotykając lekko koca. „Tato jest tu.”
Oczy Mikołaja poruszyły się, wolno, ledwo dostrzegalnie, w kierunku jego głosu. Serce Kacpra przestało bić na chwilę, lecz chłopiec znów spojrzał w pustkę. Kacper oparł głowę o łóżeczko i pozostał tak nieruchomy. Na zewnątrz znów zaczął padać drobny deszcz, jakby niebo też zapomniało przestać płakać. Cały pokój pachniał starym smutkiem.
„Pozostań przy nim mimo wszystko” – przypomniał sobie słowa doktora. Kacper zamknął oczy, czując, jak chłód podłogi przenika przez ciało. I po raz pierwszy od wypadku nie próbował niczego kontrolować. Po prostu był. Pusta strzykawka potoczyła się i zatrzymała przy nodze łóżka. Dźwięk zegara znów odmierzał czas. Tik tak, tik tak.
Na zewnątrz promień światła wślizgnął się przez szczelinę w zasłonie i padł na podłogę,A wtedy Mikołaj uniósł rączkę i delikatnie dotknął ojca, jakby w końcu znalazł powód, by wrócić.



