Przyzwyczajasz się do spojrzeń. To pierwsza rzecz, której się uczysz, gdy dołączasz do klubu. Uczysz się, że dla reszty świata przestajesz być człowiekiem. Stajesz się statystyką. Zagrożeniem. Powodem, dla którego zamykają drzwi aut, gdy zatrzymujesz się na światłach.
Siedziałem w barze “U Stacha” przy trasie S8 w okolicach Poznania, próbując napić się czarnej kawy, która smakowała jak spalona guma, i zjeść kawałek szarlotki, która pewnie stała tu od trzech dni. Było około drugiej po południu we wtorek. W lokalu panowała cisza — tylko brzęk lodówki za barem i cicha rozmowa dwóch kierowców ciężarówek w tylnej części.
Zajmowałem sporo miejsca. Wiedziałem to. Mierzę metr dziewięćdziesiąt, ważyłem sto czterdzieści kilo, brodaty, w kurtce, która krzyczała “trzymaj się z daleka” do porządnych ludzi. Mój kask leżał na stole, porysowany, oblepiony naklejkami z każdego spelunu między tym miejscem a Suwałkami. Nie szukałem problemów. Szukałem tylko kofeiny.
Ale atmosfera zmieniła się w mgnieniu oka, gdy drzwi zadzwoniły.
To nie był policjant. Ani członek wrogiego klubu.
To była mała dziewczynka. Miała może sześć lat. Ubrana była w różową sukienkę, która widziała lepsze czasy, z zabrudzonym dołem i adidasami na rzepy, które się rozchodziły. Jej włosy były splątane, jakby biegała przez wiatr.
W barze zrobiło się cicho. Tak cicho, że słychać było muchę. Kelnerka, starsza kobieta o imieniu Hania, która dolewała mi kawę, unikając kontaktu wzrokowego, zastygła z dzbanuszkiem w ręce. Kierowcy przestali żuć.
Dziewczynka stała w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu. Miała wielkie, niebieskie oczy, pełne strachu. Ale było w nich coś jeszcze. Determinacja.
Spojrzała na kierowców. Pokręciła głową. Spojrzała na mężczyznę w garniturze, który jadł sałatkę w kącie. Znów pokręciła głową.
Wtedy jej wzrok zatrzymał się na mnie.
Wzdycham w duchu. No tak. Zaraz zapyta, gdzie jest toaleta, a jej mama wpadnie i zacznie wrzeszczeć, że patrzyłem na jej dziecko.
Ale nie spytała o toaletę.
Ruszyła przed siebie. Krok za krokiem, maszerując po linoleum w kratkę. Szła prosto na przerażającego motocyklistę w kącie.
“Kochanie, nie zawracaj głowy panu”—szepnęła Hania znad lady, głos jej lekko drżał.
Dziewczynka zignorowała ją. Podeszła do mojego stolika. Była tak mała, że jej nos sięgał ledwie krawędzi blatu. Powoli odstawiłem kubek, patrząc na nią znad okularów przeciwsłonecznych. Nie uśmiechnąłem się. Nie zmarszczyłem. Po prostu czekałem.
Wcisnęła rączkę do kieszonki i wyciągnęła garść czegoś. Rzuciła to obok mojej szarlotki.
Była to pomięta pięciozłotówka, dwa złote i grosz.
Spojrzała mi prosto w oczy, broda jej drżała, próbowała być dzielna.
“Czy pan jest z Hell’s Angels?”—zapytała. Miała piskliwy głosik, ale na tyle donośny, że wszyscy usłyszeli.
Oparłem się na siedzeniu, skórzana kurtka zatrzeszczała. “Jeżdżę z pewnym klubem, mała. Dlaczego pytasz?”
“Mój tata mówi, że wy jesteście źli”—powiedziała. “Mówi, że bijecie ludzi i nikt się z wami nie zadziera.”
Poczułem, jak drży mi szczęka. “Twój tata dużo gada.”
“Mówi, że jesteście potworami”—kontynuowała, łzy zaczęły jej wypełniać oczy. “Mówi, że wszyscy się was boją.”
Rozejrzałem się po lokalu. Kierowcy patrzyli. Hania ściskała dzbanek jak broń. Tak, wszyscy się bali.
“Czego chcesz, dziecko?”—zapytałem, mój głos był niski jak pomruk. “Jem.”
Pchnęła pomięte pieniądze w moją stronę.
“Chcę pana wynająć”—powiedziała.
Mrugnąłem. “Mnie?”
“Pięć złotych i jeden grosz”—wskazała na kupkę. “To wszystko, co mam. Czy to wystarczy?”
“Na co?”
Wzięła głęboki, drżący oddech. “Żeby pan odprowadził mnie do domu.”
Zmarszczyłem brwi. “Gdzie mieszkasz?”
“Trzy przecznice stąd.”
“Dlaczego nie możesz iść sama? Albo zadzwonić do rodziców?”
Spojrzała na swoje adidasy. “Nie mogę iść sama. On tam jest.”
Powietrze w barze zdawało się stać dziesięć stopni chłodniejsze.
“Kto tam jest?”—zapytałem, zniżając głos tak, by tylko ona słyszała.
“Zły człowiek”—szepnęła. “Mój ojczym. Znowu… rozbija rzeczy. Mama płacze. A on powiedział, że jeśli wrócę do środka, to mnie nauczy rozumu.”
Krew we mnie zamarzła. Ten rodzaj zimna, który parzy.
“Zamknął cię na zewnątrz?”
“Nie”—otarła nos. “Uciekłam. Ale zapomniałam Misia. A mama mnie potrzebuje. Muszę wrócić. Ale się boję. Potrzebuję potwora.”
Spojrzała na mnie, łzy spływały jej po twarzy.
“Potrzebuję potwora, żeby odstraszył złego człowieka. Proszę. Dam panu wszystkie moje pieniądze.”
Spojrzałem na pięciozłotówkę. Na jej przerażoną twarz. Na osąd w oczach innych gości, którzy nie mieli pojęcia, o co prosi ta mała.
Wstałem.
Krzesło głośno zgrzytnęło o podłogę. Górowałem nad nią. Hania westchnęła za barem, sięgając po telefon, pewnie by wykręcić 112.
Wyciągnąłem rękę — dłoń wielkości szynki, z wytatuowanymi kostkami. Delikatnie odsunąłem pieniądze w jej stronę.
“Zachowaj je, mała”—warknąłem.
Jej twarz opadła. Wyglądała, jakby jej świat się właśnie skończył. “To za mało?”
Podniosłem kask. Zdjąłem okulary, żeby mogła zobaczyć moje oczy.
“Nie chodzi o pieniądze”—powiedziałem. “Nie wynajmujesz motocyklisty za kasę. Wynajmujesz nas za szacunek. A ty właśnie pokazałaś więcej odwagi niż wszyscy faceci w tym lokalu.”
Wyszedłem ze stolika i spojrzałem na nią.
“Chodźmy po Misia.”
CZĘŚĆ 2: SPACZER
Rzuciłem dwudziestkę na stół za niedojedzoną szarlotkę i ruszyłem do wyjścia. DzI jeszcze długo potem, gdy wiatr huczy w uszach, wspominam tamten dzień, kiedy mała Zosia przypomniała mi, że nawet najtwardsza skóra kryje czasem miękkie serce.



