Rozdział 1: Prośba
Upał wisiał w powietrzu jak ciężki koc. Fala gorąca unosiła się nad popękanym asfaltem opuszczonej stacji benzynowej, zagubionej gdzieś na pustkowiu podkrakowskich dróg. W ciszy słychać było tylko delikatne tykanie ostygającego silnika i daleki krzyk myszołowa krążącego na błękitnym niebie.
Sześciu mężczyzn, każdy po pięćdziesiątce, stało przy swoich motocyklach. Byli członkami grupy “Sępów”, klubu, którego nie definiowały wyroki, ale dokumenty zwolnienia z wojska. Ich skórzane kamizelki, zwane “bluzami”, były obszyte naszywkami z miejsc jak Kosowo, Afganistan czy Liban.
Jan “Niedźwiedź” Kowalski, przewodzący grupie, rozłożył mapę na siedzeniu swojego Harleya. Sześćdziesięciopięcioletni, z siwą brodą sięgającą klatki piersiowej i rękami jak konary dębu, był emerytowanym sierżantem Marynarki Wojennej. Miał w sobie tę ciszą pewność człowieka, który widział już wszystko i niczym się nie przejmował.
“Mapy mówią, że do skrętu mamy jeszcze ze 40 kilometrów”, mruknął “Szkic”, najmłodszy w grupie, choć i tak pięćdziesięciodwuletni, wpatrując się w telefon. “Ten nasz rajd ‘Dla Zapomnianych’ to chyba na końcu świata”.
“O to właśnie chodzi, Szkic”, warknął “Ojciec”, kapelan grupy, który służył w Libanie. “Jedziemy po to, by pomóc tym, o których wojsko zapomniało. Oni nie mieszkają w centrum Krakowa”.
Niedźwiedź tylko chrząknął, przesuwając palcem po mapie. Ten charytatywny rajd był ich coroczną tradycją – sposobem, by sprawdzić, jak radzą sobie starzy towarzysze, przekazać pieniądze potrzebującym rodzinom i przypomnieć sobie kodeks, którym wciąż żyli. Kodeks honoru, który świat ze swoimi smartfonami i ulotnymi lojalnościami zdawał się już odrzucić.
Mieli właśnie ruszać w dalszą drogę, gdy Ojciec dostrzegł ruch koło przepełnionego śmietnika.
“Czekajcie”, powiedział cicho.
Niedźwiedź podniósł wzrok. Zza śmietnika wyłoniła się drobna postać – chłopiec, może ośmioletni, chudy jak patyk. Miał piżamę w niebieskie rakiety, zbyt cienką nawet na poranne chłody, a stopy brudne od pyłu.
Motocykliści zastygli. Zwykle ich widok sprawiał, że ludzie odwracali wzrok, ale chłopiec się nie zawahał. Pobiegł prosto do największego z nich – do Niedźwiedzia.
Drżący jak osika, chwycił brzeg jego skórzanej bluzy.
“Proszę pana”, szepnął, głos łamiąc mu się ze strachu. “Proszę mnie aresztować. Teraz”.
“Smyk”, potężny mężczyzna, który rzadko mówił, cofnął się o krok.
Niedźwiedź przykucnął, patrząc chłopcu w oczy. Kolana mu strzeliły, ale zignorował to.
“Nie jestem policjantem, synku”, powiedział niskim, ochrypłym głosem. “Jesteśmy tylko podróżnikami. Dlaczego chcesz, żeby cię aresztować?”
Chłopiec wbił w niego szerokie oczy, pełne paniki, ale bez łez. Był zbyt przerażony, by płakać.
“Bo…



