Aleksandra Kowalczyk wspięła się po okazałych schodach rezydencji po raz pierwszy, prowadzących do głównej części domu, ciągnąc za sobą małą walizkę i z sercem pełnym ostrożnej nadziei. Mając 26 lat i świeżo ukończone studia z zaawansowanej pielęgniarstwa, właśnie została zatrudniona jako opiekunka osobista czteroletniego Kuby Nowaka, syna multimilionera, biznesmena Tomasza Nowaka, zwanego „Królem Stali”.
Posiadłość była niesamowita: trzy piętra neoklasycystycznej architektury otoczone ogrodami tak rozległymi i pieczołowicie utrzymanymi, że przypominały ogród botaniczny, z basenem tak dużym, że mógł uchodzić za sztuczne jezioro. Ale najbardziej uderzał Aleksandrę cisza – ciężka, niemal nienaturalna. Dom tej wielkości, z takimi środkami, powinien tętnić życiem, ruchem, śmiechem dzieci. Zamiast tego panowała tylko gęsta cisza, atmosfera przesycona starą, głęboką melancholią.
—To chyba nowa opiekunka.
W marmurowej hali rozległ się stanowczy, pełen autorytetu głos. To był Stanisław Wilk, kamerdyner rodziny od prawie dwudziestu lat, mężczyzna około pięćdziesiątki o nienagannym, wojskowym wyprostowaniu i surowym spojrzeniu, które przeszyło Aleksandrę od stóp do głów.
—Jestem Stanisław. Mam nadzieję, że przeczytała pani i zapamiętała wszystkie instrukcje, które zostały przesłane.
—Tak, proszę, przeczytałam je kilkakrotnie — odparła Aleksandra, przypominając sobie szczegółowy dokument, który otrzymała. Instrukcje bardziej przypominały protokół dla izolatki niż dla domu.
Chłopiec, Kuba, podobno był ciężko chory, a jakikolwiek wysiłek fizyczny był surowo zabroniony. Leki musiały być podawane z dokładnością co do sekundy, nie minuty. Nie mógł przyjmować gości ani opuszczać rezydencji pod żadnym pozorem. I była jeszcze jedna dziwna zasada: ograniczyć rozmowy do absolutnego minimum koniecznego do opieki.
—Młody Kuba jest w swoim pokoju na trzecim piętrze, w zachodnim skrzydle — oznajmił Stanisław bez cienia życzliwości. — Proszę przestrzegać zasad co do joty. Każde odstępstwo zostanie zgłoszone panu Nowakowi, a jej kontrakt zostanie rozwiązany. Cenimy dyskrecję i posłuszeństwo. Będziemy mieli profesjonalne relacje, jeśli pani to zrozumie.
Aleksandra skinęła głową, czując ucisk w żołądku. Wspięła się po szerokich, wykładanych dywanem schodach na trzecie piętro, a jej serce biło szybko w piersi. To była jej pierwsza poważna praca po studiach. Wybrała specjalizację z pielęgniarstwa pediatrycznego i intensywnej terapii z głęboko osobistego powodu: straciła młodszego brata, gdy była nastolatką, na chorobę, którą lekarze zbyt późno zdiagnozowali.
Tego dnia przysięgła sobie, że już nigdy nie pozwoli, by dziecko cierpiało na jej oczach, nie robiąc wszystkiego, co możliwe.
Drzwi do pokoju Kuby były z litego drewna, ale ozdobione naklejkami superbohaterów i rakiet kosmicznych, choć wyblakłymi, jakby wisiały tam od lat, a nikt nie zadbał o ich wymianę. Zapukała cicho.
—Kubuś, to ja, przyszłam się tobą zaopiekować.
Cisza.
Otworzyła drzwi powoli i zobaczyła scenę, która złamała jej serce. Pośrodku ogromnego pokoju, godnego luksusowego hotelu, stało łóżko królewskie otoczone sprzętem medycznym, który wyglądał bardziej jak szpitalna izolatka niż sypialnia dziecka.
A w centrum tego łóżka, niemal zagubiony w górze poduszek, leżał chłopiec. Był drobny, wręcz wychudzony jak na czterolatka. Kuba miał potargane brązowe włosy, ogromne zielone oczy i chorobliwą bladość, która ostro kontrastowała z bielą egipskiej pościeli. W powietrzu unosił się zapach mieszaniny środków dezynfekujących i zamknięcia.
—Cześć, Kubusiu. Jestem Aleksandra.
Chłopiec spojrzał na nią z nieufnością, która ją zaskoczyła. To nie była zwykła nieśmiałość dziecka – to była rezygnacja dorosłego.
—Też odejdziesz?
To pytanie, tak proste i bezpośrednie, było tak przepełnione smutkiem, że Aleksandra musiała przełknąć ślinę, by powstrzymać łzy.
—Dlaczego miałabym odejść?
—Wszystkie panie odchodzą. Tata mówi, że to dlatego, że jestem bardzo chory.
Aleksandra podeszła powoli, jakby zbliżała się do przestraszonego zwierzęcia, i usiadła na krawędzi łóżka, zachowując pewien dystans.
—Cóż, jestem dość uparta. Nie odejdę tak łatwo. I chcę wiedzieć, na co chorujesz.
Kuba, nie ruszając się ze swojej góry poduszek, wskazał na mały metalowy stolik nocny.
—Na wiele chorób. Cały dzień biorę leki.
Aleksandra wstała i podeszła do stolika. Zamarła. Była tam prawdziwa apteka. Doliczyła się co najmniej 20 różnych butelek: antybiotyków o szerokim spektrum działania, silnych leków przeciwzapalnych, bardzo wysokich dawek witamin, wszelkiego rodzaju suplementów, syropów na kaszel, kropli udrażniających, plastrów…
—Od jak dawna jesteś chory? — zapytała, biorąc jedną z butelek.
Kuba próbował policzyć na palcach, ale szybko się poddał.
—Zawsze. Mama umarła, kiedy się urodziłem. Tata mówi, że to dlatego, że zachorowałem w jej brzuchu.
Znowu, pomyślała Aleksandra, dziecko obarczone winą, która do niego nie należy.
—To nie twoja wina, że mama poszła do nieba — powiedziała Aleksandra z czułością, która ostro kontrastowała z chłodem pokoju. — Czasami dorośli są zbyt smutni, by wyjaśnić rzeczy właściwie.
—Znasz mojego tatę?
—Jeszcze nie. Ale bardzo chcę go poznać.
Kuba wtulił się głębiej w poduchy. Aleksandra je zauważyła. Było ich co najmniej osiem lub dziewięć, wszystkie olbrzymie i nienagannie białe.
—Po co tyle poduszek? — zapytała z profesjonalną ciekawością.
—Doktor Marek mówi, że ich potrzebuję, że cały czas muszę leżeć. Poduszki pomagają mi oddychać.
Aleksandra zmarszczyła brwi. Czterolatek nie powinien leżeć bez przerwy, chyba że był w stanie krytycznym, a choć blady, oddech Kuby wydawał się spokojny.
—Boli cię, kiedy oddychasz?
—Czasami, szczególnie w nocy. I jestem zmęczony. A jeśli chodzi o chodzenie… nie mogę dużo chodzić, bo się męczę.Aleksandra przytuliła Kubę mocno, wiedząc, że ich walka dopiero się zaczęła, ale teraz mieli już przy sobie prawdziwą rodzinę i nadzieję na lepsze jutro.



