Upał w Warszawie w pełni lipca to nie tylko temperatura – to fizyczna obecność, duszący ciężar, który odbiera oddech i wysusza duszę. W przemysłowej dzielnicy Włochy asfalt zdawał się topić pod bezlitosnym słońcem o trzeciej po południu, tworząc wizję wody na drodze, która oszukiwała wzrok, ale nie ciało. Wewnątrz “Warsztatu Kowalski”, temperatura sięgała piekielnych czterdziestu pięciu stopni. Powietrze było ciężkie od zapachu spalonego oleju silnikowego, gumy i potu mężczyzn pracujących na granicy wyczerpania.
Marek Nowak otarł czoło grzbietem dłoni, zostawiając czarny ślad smaru na już i tak opalonej i zniszczonej skórze. Spędził sześć godzin pod starym Fiatem Tipo, który wyglądał, jakby przetrwał wojnę, próbując wymontować upartą skrzynię biegów. Jego kostki były obtarte, paznokcie czarne od brudu, a plecy krzyczały z bólu. Ale Marek nie narzekał. Nie mógł sobie na to pozwolić.
—Nowak! — warknął głos, przecinając hałas kluczy pneumatycznych jak bat. — Zamierzasz się tam bawić cały dzień? Klient przyjdzie za godzinę, a ja chcę ten złom z dala od mojego podnośnika!
Jerzy Kowalski, właściciel warsztatu, stał w drzwiach swojego klimatyzowanego biura. Nosił nienagannie białą koszulę markowej firmy, która rażąco kontrastowała z brudem pokrywającym jego pracowników. Był niski, ale jego ego wypełniało cały budynek — współczesny tyran, który lubował się w upokarzaniu tych, którzy od niego zależeli.
—Już prawie gotowe, panie Jerzy — Marek wysunął się spod samochodu, wymuszając uprzejmy uśmiech. — Tylko jedna śruba była zatrzaśnięta.
—Mniej gadania, więcej roboty — warknął Kowalski, spoglądając na złoty zegarek. — Pamiętaj, że w kolejce czeka pełno młodych, którzy wezmą twoje miejsce za połowę twojej pensji. Nie jesteś niezastąpiony. Nikt nie jest.
Marek opuścił wzrok, połykając wściekłość, która paliła go bardziej niż upał. Wiedział, że Kowalski kłamie. Był najlepszym mechanikiem w tym miejscu. Ale też wiedział, że szef miał rację w jednym — Marek miał 42 lata, kredyt na małe mieszkanie na Pradze, który go dusił, i trójkę dzieci: Tomka, który potrzebował aparatu ortodontycznego, Zosię, marzącą o studiach, i małego Bartka, który dopiero zaczął szkołę. Jego żona, Kasia, sprzątała biurowce na Marszałkowskiej, zarabiając ledwie na jedzenie.
Strach przed utratą pracy był paliwem, które trzymało Marka w ryzach. „Wytrzymaj jeszcze trochę” — powtarzał sobie jak mantrę.
O czwartej po południu upał nieco zelżał. Marek wyszedł na chwilę przed warsztat, by napić się wody z publicznej fontanny. Ulica była pusta, tylko od czasu do czasu przejeżdżała dostawcza ciężarówka.
Wtedy ją zobaczył.
Najpierw pomyślał, że to fatamorgana. Mała dziewczynka w szkolnym mundurku — biała bluzka, granatowa spódniczka — szła chwiejnie po chodniku po drugiej stronie. Miała może osiem lat, jej jasne włosy przylepiały się do czoła od potu.
Marek zmarszczył brwi. Coś było nie tak. Dziewczynka zatrzymała się, przycisnęła rękę do piersi i, jak lalka bez nici, osunęła się na rozgrzany beton.
Dźwięk jej ciała uderzającego o ziemię był cichy, ale dla Marka brzmiał jak wystrzał.
—Hej! — krzyknął, upuszczając butelkę. — Dziewczynko!
Rozejrzał się. Dwóch robotników z warsztatu naprzeciwko paliło papierosy, ale zamarli, patrząc z tchórzliwą ciekawością. Nikt się nie ruszył.
Ale Marek nie myślał. Jego ciało zareagowało, zanim zdał sobie sprawę. Jego zmęczone nogi znalazły nową siłę — przebiegł przez ulicę, omijając dostawczaka, który wściekle zatrąbił.
Kiedy dotarł do niej, serce zamarło mu w piersi. Dziewczynka leżała na plecach. Jej skóra, zamiast być rumiana od gorąca, miała sino-niebieską barwę wokół ust. Oczy miała zamknięte, oddech ledwie wyczuwalny. Marek upadł na kolana, ignorując ból od gorącego asfaltu.
—Słyszysz mnie, mała? — delikatnie poklepał ją po policzku. Jej skóra była gorąca, ale jednocześnie lepka i zimna. Źle. Bardzo źle.
PrzyłMarek wyszarpnął kluczyki z kieszeni, podniósł dziewczynkę i ruszył biegiem w stronę swojego starego Fiata Uno, pewny tylko jednego – że tej decyzji nigdy nie będzie żałował.



