Chłopiec poprosił mnie, żebym trzymał go za rękę, kiedy umrze, bo jego tata nie będzie. Mam sześćdziesiąt trzy lata, jestem motocyklistą z tatuażami po szyję i brodą sięgającą piersi. Pochowałem kolegów z wojska. Widziałem rzeczy, które złamałyby niejednego twardziela. Ale nic nie przygotowało mnie na siedmioletniego chłopca z nowotworem, który patrzy na mnie i mówi te słowa.
„Proszę pana, zostanie pan ze mną? Tata mówi, że w szpitalu jest mu smutno, więc już nie przychodzi.”
Poznałem Krzysia trzy miesiące temu podczas akcji charytatywnej „MotoMikołaje”. Nasz klub co roku rozdaje zabawki w szpitalu dziecięcym w Warszawie. Robię to od dwudziestu dwóch lat. Wchodzisz, rozdajesz pluszaki, robisz zdjęcia i wychodzisz z poczuciem, że zrobiłeś coś dobrego.
Ale Krzyś był inny.
Siedział sam w swoim pokoju, podczas gdy każde inne dziecko na oddziale miało wokół siebie rodzinę. Brak balonów. Brak kartek. Żadnych rodziców trzymających go za rękę. Tylko mały łysy chłopiec w szpitalnym fartuszku, ściskający wysłużonego pluszowego słonia.
Zatrzymałem się w drzwiach. „Hej, mały, chcesz misia?”
Podniósł na mnie wielkie niebieskie oczy. Nie uśmiechnął się. Nie sięgnął po zabawkę. Tylko patrzył, jakby próbował ocenić, czy naprawdę tu jestem.
„Boisz się mnie?” – spytałem. Dzieci zwykle na początku się boją. Nie wyglądam zbyt przyjaźnie.
Pokręcił powoli głową. „Nie. Wygląda pan jak motocykliści z telewizji. Tacy, co chronią ludzi.”
Coś pękło mi w piersi w tej chwili.
„Gdzie twoja mama i tata, mały?”
Spuścił wzrok na słonia. „Mama umarła, jak miałem cztery lata. Też na raka. Tata mówi, że nie może już patrzeć, jak ktoś, kogo kocha, odchodzi. Dlatego zostaje w domu.”
Zamarłem. To dziecko – umierające dziecko – zostało porzucone przez jedynego człowieka, który powinien być przy nim w tym piekle.
„Jak się nazywasz?” – spytałem.
„Kr„A ja nazywam się Wojtek, ale przyjaciele wołają na mnie Niedźwiedź”, odpowiedziałem, ściskając jego dłoń, która wydawała się jeszcze mniejsza w mojej dużej, pokrytej bliznami dłoni.



