Ojciec się rozgniewał, ale po chwili Jan Kowalski chodził tam i z powrotem po korytarzu, jego dłonie drżały, trzymając telefon, który wciąż dzwonił. Kolejny specjalista wyszedł z pokoju bez odpowiedzi, pozostawiając po sobie tylko pełne niepokoju spojrzenia i mgliste słowa o dodatkowych badaniach.
Jego syn, Mikołaj, słabł od trzech tygodni, odmawiał jedzenia, a nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego. Wtedy na korytarzu pojawił się chłopiec. Nie powinien tam być. To było jasne po zdziwionym spojrzeniu dyżurnej pielęgniarki. Miał na sobie zniszczoną czapkę i prostą, czystą, lecz mocno zużytą odzież.
— Pan jest ojcem chłopca z pokoju 412? — zapytał chłopiec cicho, ale stanowczo.
Jan odwrócił się gwałtownie, gotowy wyrzucić intrużka. — Jak ten chłopiec wiedział, który pokój należy do Mikołaja? Kim jesteś? Czego tu chcesz? — Jego głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzał.
— Nazywam się Jakub, proszę pana. Wiem, jak sprawić, żeby pański syn jadł.
Śmiałość tej deklaracji na moment odebrała Janowi mowę. Potem przyszło nagłe, gorące uczucie złości. Kolejny oszust, chcący wykorzystać desperację ojca. Już miał do czynienia z znachorami, sprzedawcami cudownych terapii, ludźmi oferującymi modlitwy i zioła.
— Ochrona! — krzyknął Jan wystarczająco głośno, by usłyszeli go dwaj umundurowani mężczyźni na końcu korytarza.
— Proszę pana, niech mi pan da szansę wytłumaczyć — Jakub postąpił krok do przodu, unosząc ręce w geście pokoju. — Nie chcę pieniędzy, po prostu chcę pomóc.
— Pomóc? — Jan omal nie parsknął śmiechem z ironii. — Masz może trzynaście lat. Jak zamierzasz pomóc, skoro najlepsi lekarze z Warszawy nie potrafią?
— Dwanaście — poprawił Jakub. — Mam dwanaście lat, a nauczyłem się tego, opiekując się dziadkiem. On miał podobny problem.
Gdy ochroniarze byli już kilka kroków od nich, stało się coś nieoczekiwanego. Drzwi pokoju 412 otworzyły się, a pielęgniarka Anna pojawiła się, trzymając za rękę Mikołaja. Chłopiec, blady i wątły na wózku, wpatrywał się uporczywie w Jakuba. Był to pierwszy raz od dwóch tygodni, gdy Mikołaj wykazał zainteresowanie czymś innym niż okno w pokoju.
— Zaczekajcie — Jan uniósł rękę, zatrzymując ochroniarzy. Pochylił się przy wózku syna. — Mikołaj, co się dzieje, synu?
Ale Mikołaj nie patrzył na ojca. Jego zapadnięte, zmęczone niebieskie oczy wciąż były utkwione w chłopcu w czapce.
— Pański syn coś we mnie rozpoznaje — powiedział Jakub łagodnie. — Dzieci wyczuwają, gdy ktoś rozumie, przez co przechodzą.
— To niedorzeczne. — Jan wstał. — Nic nie wiesz o moim synu.
— Wiem, że nie je, bo go boli. — Jakub nie zrażał się jego złością. — Nie boli go brzuch, boli go tutaj. — Dotknął swojej piersi. — A im bardziej ludzie go naciskają, tym bardziej ściska go w środku, aż wydaje się niemożliwe, żeby cokolwiek przełknąć.
Jan poczuł ucisk w gardle. Jak to możliwe, że ten uliczny chłopiec opisał tak doskonale to, na co lekarze potrzebowali dwóch tygodni, by zacząć podejrzewać?
— Mój dziadek taki był, kiedy odeszła babcia — kontynuował Jakub, a w jego głosie brzmiała stara smutkiem. — Lekarze mówili, że to dysfagia psychogenna, ale ja nazywałem to złamanym sercem. Musiałem się nauczyć karmić go inaczej.
— I jak dokładnie to robiłeś? — Głos dobiegł zza Jana. To była doktor Nowak, dietetyczka lecząca Mikołaja. Wyszła z sąsiedniego pokoju i usłyszała część rozmowy.
— To nie tylko jedzenie, pani doktor — wyjaśnił Jakub. — To sposób podania, atmosfera, osoba, która je podaje. Wszystko ma znaczenie, gdy problem nie jest w żołądku, ale w sercu.
— Pseudonauka — mruknęła doktor Nowak, ale w jej oczach widać było zainteresowanie.
— Daj mi pięć minut — poprosił Jakub, patrząc prosto na Jana. — Jeśli to nie zadziała, odejdę i nigdy nie wrócę. Ale jeśli zadziała, pański syn zacznie jeść.
Jan spojrzał na Mikołaja. Chłopiec wciąż obserwował Jakuba z niezwykłą intensywnością. W ostatnich dniach stał się cieniem, apatyczny, wycofany. Każda reakcja była już małym cudem.
— Trzy minuty — ustąpił Jan twardym głosem. — I zostaję cały czas w pokoju. Cokolwiek dziwnego — wychodzisz.
— Tak, proszę pana.
Jakub wszedł do pokoju za wózkiem Mikołaja. Jan i doktor Nowak podążyli za nim. Pielęgniarka Anna przyniosła tacę z papką, przygotowaną na obiad Mikołaja — tą samą, którą odrzucał od trzech dni.
— Mogę? — Jakub wskazał krzesło przy łóżku.
Jan skinął głową, napięty. Jakub przysunął krzesło i usiadł, tak by znaleźć się na poziomie oczu Mikołaja. Nie wziął od razu łyżki. Zamiast tego zaczął mówić.
— Wiesz co? Ja też nie mogłem jeść — powiedział Jakub innym tonem, lżejszym, niemal śpiewnym. — Kiedy moja mama zachorowała. Brzuch mnie bolał za każdym razem, gdy próbowałem. Ty też tak masz? — Mikołaj nie odpowiedział, ale jego oczy rozszerzyły się lekko.
— Mój dziadek nauczył mnie jednej sztuczki — Jakub wziął powoli łyżkę. — Mówił, że musimy oszukać smutek, sprawić, że na chwilę zapomni ściskać gardło. — Zanurzył łyżkę w papce, ale nie od razu podał ją Mikołajowi. Zamiast tego zaczął wydawać rytmiczny dźwięk językiem, cichy i powtarzalny. Potem zaczął poruszać łyżką w małych kółkach w powietrzu.
— Patrz — uśmiechnął się. — Jedzenie tańczy. Jest szczęśliwe, bo chce cię lepiej poznać.
Jan był już gotów przerwać, nazwać to absurdem, gdy nagle zobaczył, jak Mikołaj przechyla głowę, śledząc ruch łyżki oczami. Jakub zbliżył łyżkę, wciąż wydając rytmiczne dźwięki. Nie naciskał, nie próbował wcisnąć jedzenia — po prostu pozwolił, by łyżka „tańczyła” przy ustach Mikołaja.
— TerazChłopiec otworzył usta, a Jan poczuł, jak łzy napływają mu do oczu, bo w tym momencie zrozumiał, że prawdziwe uzdrowienie przyszło nie przez medycynę, lecz przez zwykłą ludzką dobroć.



