Rozdział 1: Maska
Wiesz, jak pachnie trzy dni w samochodzie obserwacyjnym? Jak zjełczała kawa, zimna pizza i niepokój.
Nazywam się Jakub. Dla świata, a przynajmniej dla tej części miasta, w której się obecnie kręciłem, byłem „Kubą” – niskiego szczebla gońcem w sieci dystrybucyjnej w Warszawie. Nie goliłem się od tygodnia. Miałem podrobiony tatuaż na szyi, który drapał o kołnierz. Kostki u rąk miałem posiniaczone, a ze mnie śmierdziało tanimi papierosami, choć nie palę.
Ale dla jednej osoby byłem po prostu Tatą.
Telefon zawibrował przy udzie. To drganie było jak linia ratunkowa w ciszy vana. Spojrzałem na ekran, zasłaniając światło dłonią.
Dzwoniła szkoła. Gimnazjum im. Dębowej Doliny.
„Panie Kowalski? Mówi sekretariat dyrektora Nowaka. Prosimy pilnie przyjechać. Chodzi o Pana córkę, Zosię.”
Serce zamarło mi w piersi. W mojej pracy telefon zwykle oznaczał, że ktoś nie żyje albo został aresztowany. „Czy wszystko w porządku?” Głos miałem ochrypły, nieużywany od godzin.
„Fizycznie tak,” odparła sekretarka, a w jej tonie wyczuwałem tę specyficzną, przedmiejska nutę osądu. „Ale doszło do incydentu związanego z… nieuczciwością akademicką.”
Nieuczciwość akademicka? Zosia?
Moje dziecko płacze, gdy zapomni oddać książkę do biblioteki na czas. Weekendy spędza na układaniu zakreślaczy w gradientach kolorów. Nie oszukuje. Pracuje ciężej niż jakiekolwiek dziecko, jakie znam, bo wie, że jej tata nie zawsze jest wieczorem w domu, by pomóc.
„Jadę,” warknąłem.
Nie miałem czasu się przebrać. Nie miałem czasu na prysznic. Nie mogłem zmyć z siebie „Kuby”. Musiałem jechać taki, jaki byłem.
Zaparkowałem moją sfatygowaną służbową skodę – grat z dziurawym tłumikiem – tuż przed głównym wejściem do wypielęgnowanego gimnazjum. Widziałem, jak rodzice w lśniących SUV-ach patrzą na mnie. Widzieli faceta w brudnej bluzie, podartych dżinsach i wojskowych butach, wysiadającego z samochodu, który brzmiał jak kosiarka. Widzieli zagrożenie.
Zignorowałem ich. Wszedłem do sekretariatu, a cisza zapadła momentalnie. Klimatyzator warczał w tle. Sekretarka poprawiła okulary, przesuwając wzrokiem od moich zabłoconych butów po smar we włosach.
„Panie… Kowalski?” zaskrzeczała.
„Gdzie jest?” Nie miałem czasu na uprzejmości.
„Sala 302. Klasa pani Sobczyk. Właśnie… omawiają sprawę.”
Zawróciłem na pięcie i ruszyłem korytarzem. Linoleum skrzypiało pod moimi ciężkimi butami. Szafki stały wzdłuż ścian jak milczący strażnicy. Czułem ciężar odznaki schowanej głęboko za pasem, przyciskającej się do pleców. To była jedyna czysta rzecz przy mnie. To była jedyna rzecz, która odróżniała mnie od przestępców, których ścigałem.
Podszedłem do sali 302. Drzwi były uchylone.
Nie wtargnąłem do środka. Stare nawyki umierają powoli. Najpierw nasłuchiwałem.
„Naprawdę oczekujesz, że w to uwierzę, Zosiu?”
Głos był piskliwy. Pani Sobczyk. Znałem jej typ. Nauczycielka, której życiowy szczyt przypadł na czasy liceum, a teraz traktowała swoją klasę jak królestwo. Przez cały rok się na Zosię uwzięła, rzucając uszczypliwe uwagi o jej ubraniach, jedzeniu, cichym usposobieniu.
„Uczyłam się, pani Sobczyk. Naprawdę,” głos Zosi był cichutki, drżący. Rozdzierał mi serce.
„Ludzie tacy jak ty nie dostają setek na moich zaawansowanych testach z matematyki, Zosiu,” warknęła Sobczyk. „Widziałam, jak twój ojciec cię wysadzał z samochodu w zeszłym tygodniu. Wiem, z jakiego… środowiska… pochodzisz. Wszyscy wiemy.”
Krew ścięła mi się w żyłach. Temperatura na korytarzu spadła o dziesięć stopni.
„On mi pomaga w nauce,” szepnęła Zosia.
„Ten człowiek?” Sobczyk zaśmiała się. Suchy, okrutny dźwięk. „Ten człowiek wygląda, jakby ledwo umiał przeczytać menu w barze, a co dopiero pomóc z algebrą. Oszukiwałaś. Spisałaś z klucza. Przyznaj się.”
„Nie!” Zosia wybuchnęła płaczem.
Podszedłem bliżej do drzwi. Przez szparę widziałem ich. Zosia stała przy biurku nauczycielki, jej małe dłonie kurczowo ściskały brzeg spódniczki. Sobczyk siedziała wygodnie, trzymając test Zosi – kartkę z wielką czerwoną „100%” zakreśloną na górze.
„Nie toleruję kłamczuchów w mojej klasie,” powiedziała Sobczyk. Jej twarz wykrzywiła się w grymas obrzydzenia.
Uniosła kartkę oburącz.
„A śmieci nie oceniam.”
Rozdział 2: Dźwięk rozdarcia
RRRRIP.
Dźwięk był głośniejszy niż strzał w tej cichej sali.
Przez ułamek sekundy stałem jak zamrożony, patrząc, jak pani Sobczyk przerywa kartkę na pół.
Zosia westchnęła. To nie było zwykłe westchnienie – to był dźwięk łamiącej się dumy. Siedziała do drugiej w nocy przez trzy dni, ucząc się do tego testu. Ja siedziałem z nią, powtarzając fiszki przy kuchennym stole, podczas gdy czyściłem broń (schowaną, oczywiście). Pracowała na to.
Sobczyk nie poprzestała na jednym razie. Złożyła połówki i podarła je ponownie.
Riiiip.
„Zero,” oznajmiła Sobczyk, rzucając strzępy przed stopy Zosi. „Idź do dyrektora. Zadzwonię do twojego ojca, żeby powiedzieć mu, że jego córka to oszustka. Chociaż wątpię, że odbierze. Pewnie siedzi w barze albo…”
Urwała.
Bo światło w sali się zmieniło.
Stałem w drzwiach.
Nie powiedziałem ani słowa. Po prostu tam stałem. Pozwoliłem mojej sylwetce wypełnić framugę. Wyglądałem dokładnie jak przestępca, za którego mnie uważała. Oczy miałem zacienione, szczękę zaciśniętą tak mocno, że aż zęby bolały. Adrenalina, którą zwykle rezerwowałem do nalotów na meliny, teraz buzowała we mnie, skierowana całkowicie na tę kobietę w kwiecistej bluzce.
Klasa, około dwadzieścioro innych dzieci, zamarła. Trzydzieści osiem par oczu zwróciło się ku mnie.Zosia wyprostowała się, spojrzała nauczycielce prosto w oczy i powiedziała: “Może i jestem tylko dzieckiem, ale wiem, że prawda zawsze wychodzi na jaw — a pani właśnie obnażyła swoją.”



