Rozdział 1: Płaszcz Duchów
Płaszcz pachniał starym mydłem, smarem od broni i zapachem szafy, której nikt nie otwierał od lat. To była złożona woń – mieszanina metalicznej ostrości i przytulnego kurzu, która uderzała w nozdrza za każdym razem, gdy wtulałam twarz w kołnierz. Dla reszty uczniów Szkoły Podstawowej przy Lesie Brzozowym był to potworny widok. Brudny, oliwkowy namiot, który połykał mnie całkowicie. Dla mnie to była jedyna rzecz, która trzymała mnie w całości.
Miałam dziesięć lat i tonęłam.
Każdego ranka powtarzał się ten sam rytuał. Mama stała w kuchni, wpatrując się w kromkę chleba, której nie miała zamiaru zjeść, a podkrążone oczy podkreślały jej twarz w ostrym porannym świetle. Ubierałam się po cichu – jeansy, trampki – a potem podchodziłam do wieszaka. Narzucałam na siebie ten ciężki płaszcz. Rękawy były tak długie, że kończyły się kilkanaście centymetrów poniżej moich dłoni, bezużyteczne klapy materiału, które utrudniały trzymanie długopisu. Dolna krawędź sięgała połowy łydek. Nie chodziłam – wlokłam się. Wyglądałam jak dziecko przebrane w ruinach strefy wojennej. Ale nie obchodziło mnie to. Kiedy zapięłam suwak, świat stawał się cichszy. Bezpieczny.
Docinki zaczynały się w chwili, gdy schodziłam z żółtego autobusu.
– Patrzcie – wykrzyknęła Ola Nowak, jej głos był tak piskliwy, że mógłby rozbić szkło. Stała oparta o szafki, otoczona swoim dworem w pastelowych wiatrówkach. – Śmieciara wraca. Wyciągnęłaś to ze śmietnika za warsztatem, Hania? Czy może wykopałaś?
Schyliłam głowę, wpatrując się w wytarte płytki linoleum. Lewa noga, prawa noga. Tylko dotrzeć do klasy. Nie reagować. Nie płakać.
– To właściwie obraźliwe – wtrącił Kuba Kowalski. Był typem dziecka, które znało regulamin na pamięć, tylko po to, żeby donosić. Zablokował mi drogę do sali 4B. Skrzyżował ręce, nadymając pierś. – Mój tata mówi, że noszenie wojskowego ekwipunku, jeśli się go nie zasłużyło, to kradzież honoru. To nielegalne, Haniu. Jesteś dosłownie przestępcą.
– To… to nie jest nielegalne – wyszeptałam, głos utknął mi w wełnianym kołnierzu. – To płaszcz mojego taty.
Kuba zaśmiał się ostro, jak szczekanie psa, co zwróciło uwagę starszych uczniów. – Jasne, twój tata? Ten, który nigdy się nie pojawia? Pewnie kupił to w sklepie z militariami, żeby wyglądać cool. Fałszywy. Tak jak ty.
Nie wiedzieli. Nikt nie wiedział. Nie wiedzieli o pukaniu do drzwi trzy miesiące temu. Nie widzieli dwóch mężczyzn w mundurach galowych na naszym ganku, z twarzami jak maski żałoby. Nie widzieli złożonej flagi na kominku ani tego, jak mama siedziała w kuchni w ciemności, wpatrując się w nic, zapominając włączyć światło, gdy zapadał zmrok.
Ścisnęłam mocniej mankiety płaszcza. W środku, przy podszewce, wciąż czułam jego zapach. Ślad miętówek i deszczu. Jeśli wzięłam głęboki oddech, to on prowadził mnie do szkoły. Jeśli zamknęłam oczy, trzymał moją dłoń, jego zrogowaciała dłoń ciepła w mojej.



