Zapłata za krzywdę siostrzenicy – żołnierz z cienia wymierza sprawiedliwość4 min czytania.

Dzielić

Część 1

Rozdział 1: Duch wśród pól

Wróciłem do Polski, żeby pogrzebać przeszłość, nie po to, żeby kopać nowe groby. Ale kłopoty mają swój sposób na znalezienie cię, szczególnie gdy spędziłeś ostatnie dziesięć lat polując na nie w miejscach, które większość ludzi nie umiałaby znaleźć na mapie.

Nazywam się Jakub. Przynajmniej tak mówi moje prawo jazdy. Przez ostatnie dwanaście lat byłem tylko numerem, znakiem wywoławczym, stopniem na nieśmiertelniku. Zwolnili mnie trzy miesiące temu – z powodów zdrowotnych. Oficjalnie chodziło o kolano, ale wszyscy wiedzieli, że chodzi o coś innego. O to, co każe ci budzić się o trzeciej nad ranem, zlany potem, sięgając po broń, której tam nie ma.

Moja siostra, Anna, myśli, że po prostu „przystosowuję się” do życia cywila. To dobra kobieta, zmęczona samotnym macierzyństwem i podwójnymi dyżurami w barze mlecznym. Myśli, że spędzam dni na naprawianiu starego fiata przed domem i piciu czarnej kawy na ganku, wpatrując się w niekończące się rzędy pól kukurydzy otaczających naszą małą miejscowość.

Nie wie, że moje oczy non-stop skanują otoczenie. Nie wie, że zapamiętuję numery rejestracyjne każdego samochodu, który skręca w naszą ślepą uliczkę. Nie wie, że śpię z jednym okiem otwartym, nasłuchując skrzypienia domu, analizując je pod kątem zagrożeń.

I na pewno nie wiedziała, co dzieje się z jej córką, Zosią.

Zosia ma szesnaście lat. Kiedyś była żywym srebrem – głośna, śmiejąca się, pełna życia. Ale od kiedy wróciłem, stała się cieniem. Wraca do domu, idzie prosto do swojego pokoju i puszcza muzykę na pełnej gazie. Anna mówi, że to „typowe nastoletnie sprawy”.

Ja wiem lepiej. Znam wyraz twarzy osoby, która żyje w strachu. To ten sam wyraz, który widziałem w oczach mieszkańców wiosek w Afganistanie. Wyraz kogoś, kto wie, że jest ścigany i wierzy, że nikt po niego nie przyjdzie.

Zaczęło się we wtorek po południu. Powietrze było rześkie, pachniało suchymi liśćmi i zbliżającą się zimą. Siedziałem na stopniach ganku, ostrząc scyzoryk, strugał kawałek drewna w nic. Żółty szkolny autobus zatrzymał się z sykiem na końcu długiej, żwirowej drogi.

Zosia wysiadła. Nie była sama.

Czerwony mustang, wypolerowany do takiego połysku, że wyglądał absurdalnie na naszej piaszczystej drodze, sunął powoli obok niej. Szyby były opuszczone. Z odległości pięćdziesięciu metrów nie słyszałem słów, ale język ciała odczytałem idealnie.

Kierowca wychylił się, krzycząc coś. Śmiał się. Zosia nie. Szła szybko, z głową w dół, przyciskając plecak do piersi jak tarczę kuloodporną. Potknęła się na żwirze, a mustang zatrąbił – ostry, kpiący dźwięk.

Przestałem strugać. Położyłem nóż na drewnianej poręczy.

Mustang odjechał z piskiem opon, gdy Zosia dotarła do skrzynki pocztowej, wzbijając chmurę kurzu, która zawisła w jesiennym powietrzu jak dym. Z tyłu na szybie nalepka: „Liceum im. Mickiewicza – Drużyna Futbolowa”.

Królowie tego miasteczka. Nieśmiertelni.

Zosia podeszła pod dom. Zobaczyła mnie i natychmiast otarła twarz. Próbowała się uśmiechnąć, ale nie sięgnął oczu.

— Cześć, wujku Jakubie — mruknęła, próbując mnie wyminąć.

— Kto to był, Zosiu? — zapytałem. Mój głos ostatnio stał się szorstki, cichszy niż dawniej, ale bardziej dojmujący.

— Nikogo — odpowiedziała zbyt szybko. — Tylko jakieś idioci ze szkoły.

Przesunęła plecak i rękaw podjechał w górę. Zobaczyłem to. Tylko na sekundę. Ciemnofioletowy siniak na nadgarstku, w kształcie palców.

— Zosiu — powiedziałem, wstając. Kolano mi trzMój stary uraz dał o sobie znać, ale to nie bolało tak bardzo jak widok strachu w jej oczach, więc schwyciłem kluczyki do mojego gruchota i ruszyłem w kierunku szkoły, bo tym razem nie zamierzałem pozwolić, żeby ktokolwiek skrzywdził moją rodzinę.

Leave a Comment