Część 1
Rozdział 1: Duch wśród łanów zboża
Wróciłem do Wielkopolski, by pogrzebać przeszłość, nie po to, by kopać nowe groby. Ale kłopoty mają sposób na odnalezienie cię, szczególnie gdy spędziłeś ostatnią dekadę tropiąc je w miejscach, których większość ludzi nie znalazłaby na mapie.
Nazywam się Jakub. Przynajmniej tak mówi moje prawo jazdy. Przez ostatnie dwanaście lat byłem tylko znakiem wywoławczym, stopniem, numerem na nieśmiertelniku. Zwolnili mnie trzy miesiące temu. Z powodów medycznych. Mówili, że to kolano, ale wszyscy wiedzieliśmy, że chodzi o to coś innego. O to, co nie daje spać o trzeciej nad ranem, gdy spocona koszula przylepia się do pleców, a dłoń szpeje po karabinie, którego tam nie ma.
Moja siostra, Kasia, uważa, że tylko „przystosowuję się” do życia cywila. To dobra kobieta, zmęczona samotnym macierzyństwem i podwójnymi zmianami w barze mlecznym. Myśli, że spędzam dni naprawiając starego fiata na podjeździe i pijąc czarną kawę na ganku, wpatrując się w niekończące się łany pszenicy otaczające naszą małą wieś.
Nie wie, że moje oczy bez przerwy skanują otoczenie. Nie wie, że zapamiętuję numery rejestracyjne każdego samochodu, który zajeżdża w naszą ślepą uliczkę. Nie wie, że śpię z jednym okiem otwartym, nasłuchując skrzypienia podłóg, analizując je pod kątem zagrożeń.
I na pewno nie wiedziała, co dzieje się z jej córką, Zosią.
Zosia ma szesnaście lat. Kiedyś była żywiołem — głośna, śmiejąca się, pełna życia. Ale od kiedy wróciłem, stała się cieniem. Wraca do domu, od razu zamyka się w pokoju i puszcza muzykę na pełną głośność. Kasia mówi, że to „tylko wiek nastoletni”.
Ja wiem lepiej. Znam wyraz twarzy kogoś, kto żyje w strachu. To ten sam wyraz, który widziałem w oczach wieśniaków w zapomnianych zakątkach świata. To spojrzenie kogoś, kto wie, że jest ścigany, i wierzy, że nikt po niego nie przyjdzie.
Rozpoczęło się pewnego wtorkowego popołudnia. Powietrze było rześkie, pachniało suchymi liśćmi i zbliżającą się zimą. Siedziałem na stopniach ganku, ostrząc scyzoryk, strugał kawałek drewna w nic. Żółty szkolny autobus zasyczał, zatrzymując się na końcu długiej, żwirowej drogi.
Zosia wysiadła. Nie była sama.
Czerwony mustang, wypolerowany do takiego blasku, że wyglądał nie na miejscu na naszej wiejskiej drodze, sunął wolno obok niej. Szyby były opuszczone. Z odległości pięćdziesięciu metrów nie słyszałem słów, ale język ciała był jasny jak słońce.
Kierowca wychylił się, krzycząc coś. Śmiał się. Zosia nie. Szła szybko, z głową w dół, przyciskając tornister do piersi jak tarczę kuloodporną. Potknęła się na żwirze, a samochód zatrąbił — ostry, drwiący dźwięk.
Przestałem strugać. Położyłem nóż na drewnianej poręczy.
Mustang odjechał z piskiem opon, gdy Zosia dotarła do skrzynki pocztowej, wzbijając chmurę kurzu, która zawisła w jesiennym powietrzu jak dym. Zobaczyłem naklejkę na tylnej szybie, gdy samochód się oddalał: Liceum im. Mickiewicza, drużyna piłkarska.
Królowie tej małej miejscowości. Nietykalni.
Zosia podeszła pod dom. Zobaczyła mnie na ganku i od razu otarła twarz. Próbowała się uśmiechnąć, ale nie sięgnął on oczu.
„Cześć, wujku Jakubie”, mruknęła, próbując mnie wyminąć.
„Kto to był, Zosiu?” — zapytałem. Mój głos ostatnio brzmi chropowato, cichszy niż kiedyś, ale cięższy.
„Nikt”, powiedziała za szybko. Zbyt szybko. „Tylko jacyś chłopaki ze szkoły, pajace”.
Przesunęła tornister, a rękaw jej bluzy podwinął się. Zobaczyłem to. Tylko na sekundę. Ciemnofioletowy siniak na nadgarstku w kształcie palców.
„Zosia”, powiedziałem, wstając. Kolano mi strzeliło — przypomnienie złego lądowania w złym terenie. „Co ci się stało w rękę?”
Szybko opuściła rękaw. „Przewróciłam się na wuefie. Naprawdę, wujku Jakubie. Daj spokój”.
Zatrzasnęła moskitierę za sobą.
Tego wieczoru przy kolacji w domu było cicho. Kasia była zmęczona, Zosia milcząca, a ja kalkulowałem. Ocena poziomu zagrożenia to coś, w czym jestem biegły. Wiem, kiedy rodzi się bunt. To nie było zwykłe dręczenie. To była eskZamiast karabinu wziąłem w dłoń sprawiedliwość i postanowiłem, że tym razem nie będzie odwrotu, dopóki ostatni z tych królów nie poczuje na własnej skórze, czym jest prawdziwy strach.



