Cała sala wstrzymała oddech. Kryształowe żyrandole rozlewały żółte światło na drogie suknie, idealnie wyprasowane krawaty i kieliszki musującego wina stukające się na miękkiej skórze. W tle grał dyskretny jazz, ten rodzaj muzyki, którego nikt tak naprawdę nie słucha, ale który nadaje wszystkiemu filmowy wygląd.
W samym środku tego wszystkiego stał dwuletni chłopiec, boso, w pomiętym niebieskim kombinezonie, z kasztanowymi loczkami opadającymi na czoło. Staś – jego wielkie, ciemne oczy były przestraszone hałasem, głoStaś spojrzał na nią, a cały jego mały świat nagle wydał się bezpieczny, jakby w jej oczach odnalazł coś, czego szukał od tamtego dnia na mokrym asfalcie.



