Zawodnik śmiał się po tym, jak wepchnął moją siostrę do szafki—dziesięć minut później tłum motocyklistów otoczył szkołę.5 min czytania.

Dzielić

Rozdział 1: Dźwięk metalu o kości

Było 14:14 we wtorek. Pamiętam dokładną godzinę, bo właśnie grzebałem w smarach starego silnika motocyklowego, gdy na stole warsztatowym zadzwonił telefon. To nie był połączenie, tylko SMS z nieznanego numeru.

Tylko zdjęcie.

Żołądek opadł mi do pięt. To była Ola. Moja młodsza siostra. Dziewczyna, którą wychowałem, gdy pięć lat temu rodzice zginęli w wypadku na drodze krajowej nr 8. Na zdjęciu leżała na podłodze korytarza w liceum im. Kopernika. Jej okulary były roztrzaskane, leżały pół metra dalej. Z czoła spływał cienki strumyk krwi – jaskrawoczerwony, jakby wściekły.

A w tle, rozmyty, ale rozpoznawalny, był szkolny dres z numerem 12. Odchodził.

Nie wycierałem rąk. Nie zamknąłem warsztatu. Po prostu złapałem kask.

Ola ma szesnaście lat. Jest cicha. Czyta stare książki science fiction i maluje akwarelowe ptaki. Nie krzywdzi ludzi. Nie wdaje się w dramy. Dla większości szkoły jest niewidzialna i tak jej pasuje. Ale numer 12 – Krzysztof Kowalczyk – uznał, że to za mało. Potrzebował ofiary.

Później dowiedziałem się, co się stało. Krzysiek popisywał się przed swoją dziewczyną. Ola szła na historię rozszerzoną. Z premedytacją uderzył ją ramieniem. Nie przypadkiem. Wszystkie swoje sto kilo włożył w uderzenie w dziewczynę ważącą może pięćdziesiąt. Poleciała na bok. Głowa uderzyła w wentylację przy szafce nr 214.

Dźwięk, jak mówili, był jak strzał.

Krzysiek się zaśmiał. – Patrz pod nogi, dziwadło – rzucił.

Wskoczyłem na motor, zmodyfikowanego Harleysa, który ryczał jak apokalipsa, gdy dodawałem gazu. Ale jeszcze go nie odpaliłem. Wcisnąłem przycisk alarmowy w naszej wewnętrznej aplikacji. Ten, którego używamy tylko w „czerwonym kodzie”.

Wiadomość była krótka: OLA. KOPERNIK. POBICIE NA KORYTARZU. TERAZ.

Jestem wiceprezesem Klubu Żelaznych Orłów. To nie gang. To mechanicy, weterani, hutnicy i ojcowie. To rodzina. A Ola? Dla klubu to jak młodsza siostra. To ona pomaga rozdawać jedzenie w schroniskach w święta. To ona przyszywała nasze naszywki, gdy miała dwanaście lat.

Odkręciłem kluczyk. Silnik ryknął. Ale gdy wyjeżdżałem z parkingu, zorientowałem się, że nie jestem sam.

Od wschodu głęboki pomruk motoru Darka. Od zachodu piskliwy warkot sportowego modelu Jacka. A za mną grzmot, który czujesz w zębach, zanim usłyszysz go uszami.

Nie planowaliśmy konwoju. To się po prostu stało.

Rozdział 2: Odgłos w hali

Liceum im. Kopernika to jedna z tych szkół, gdzie reputacja znaczy wszystko. Dyrektor, pan Walczak, bardziej dba o sukcesy szkolnej drużyny piłkarskiej niż o bezpieczeństwo uczniów. Byłem już u niego dwa razy w sprawie dokuczania Oli. Dostałem standardowe „dzieciaki to dzieciaki”.

Ale nie dziś, Walczak. Nie dziś.

Zwykle dojazd do szkoły zajmuje dwadzieścia minut. Tym razem zajęło nam dziewięć.

Piękno i groza trzystu motocykli jadących w zwartej kolumnie tkwi w fizyce tego zjawiska. Zajmujemy całą jezdnię. Samochody zjeżdżają na pobocze. Przechodnie zatrzymują się, wyciągają telefony, nagrywają rzekę chromu i czarnej skóry zalewającą główną ulicę. Przejechaliśmy na dwóch czerwonych świateł. Nie obchodziło mnie to.

Podjechaliśmy pod główne wejście liceum w momencie, gdy dzwonek wzywał na apel. Drużyna piłkarska miała być fetowana na hali sportowej.

Wyłączyłem silnik. Przez sekundę zaległa cisza, by zaraz prysnąć, gdy trzysta innych silników zgasło jeden po drugim. Cisza, która nastała potem, była cięższa niż hałas.

– Zostańcie przy motorach – powiedziałem do kandydatów. – Reszta ze mną.

Pięćdziesięciu z nas ruszyło w stronę szklanych drzwi. Ja szedłem na przedzie. Darek, który ma dwa metry i wygląda jak wiking, który zjadł innego wikinga, był po mojej prawej.

Ochroniarz, emerytowany policjant znał nas. Spojrzał na mnie, potem na gniew w moich oczach, w końcu na pięćdziesięciu mężczyzn za moimi plecami.

– Ola jest w gabinecie pielęgniarki, Sławku – powiedział cicho, odsuwając się. – Ale Kowalczyk jest na hali.

– Najpierw zabiorę ją – odparłem. – Potem pójdę na halę.

– Rób, co musisz – szepnął. – Tylko go nie zabij.

– Nie obiecuję – warknął Darek.

Szliśmy korytarzami. Linoleum piszczało pod naszymi ciężkimi butami. Zapach skóry i spalin unosił się wokół nas. Uczniowie przy szafkach zastygli. Przywarli do ścian, oczy szeroko otwarte. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. To nie był film. To była inwazja.

Znaleźliśmy Olę w gabinecie pielęgniarki. Trzymała lód przy głowie, cicho łkając. Gdy mnie zobaczyła, nie powiedziała ani słowa. Po prostu rzuciła mi się w ramiona. Pachniała środkiem odkażającym i strachem.

– Chcę do domu – wyszeptała.

– Pójdziesz do domu – odparłem, ściskając ją mocno, brudząc jej bluzkę smarem. – Ale najpierw musimy się pożegnać.

– Z kim?

– Z tym, który to zrobił.

Spojrzałem na Darka. – Zabierz ją do motoru. Załóż jej kask. Czekaj na mnie.

– Sławku – ostrzegł.

– Tylko pogadamy – skłamałem.

Skierowałem się w stronę hali sportowej. Odgłosy orkiestry i wiwatujących uczniów rozbrzmiewały na korytarzu. Świętowali sukces drużyny. Wiwatowali na cześć numeru 12.

Pchnąłem podwójne drzwi. Hałas wewnątrz był ogłuszający. Cheerleaderki stały w piramidzie. Orkiestra grała hymn szkoły. A na środku parkietu, z mikrofonem w ręce, stał Krzysztof Kowalczyk, rozkoszując się sławą.

Wszedłem na parkiet. Tylko ja.

Wtedy reszta klubu – dwustu pięćdziesięciu mężczyzn, którzy nie zmieścili się na korytarzu – uznała, że ma dość czekania na zewnątrz.

Drzwi ewakuacyjne z tyłu hali otworzyły się z hukiem.

Rozdział 3: Muzyka milknieOla uśmiechnęła się przez łzy, gdy Krzyśkowi zadrżały ręce, a cała szkoła zobaczyła, że nawet królowie mogą paść.

Leave a Comment