Gdy porzucił nas tata, macocha wyciągnęła mnie z piekła sierocińca.3 min czytania.

Dzielić

Kiedy ojciec nas zostawił, macocha wyrwała mnie z piekielnej pułapki domu dziecka.

Za dzieciństwa moje życie było jasną baśnią: silna, kochająca się rodzina w małym, pochylonym domku nad Wisłą, niedaleko miasteczka Sandomierz. Byliśmy we troje: ja, mama i tata. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonych przez mamę drożdżówek, a wieczorami tata opowiadał o swoich przygodach na rzece. Ale los to bezlitosny myśliwy, który dopada, gdy najmniej się tego spodziewasz. Pewnego dnia mama zachorowała — jej śmiech ucichł, ręce zaczęły drżeć, i wkrótce znalazła się na zimnym szpitalnym łóżku w Lublinie. Gaśła w oczach, zostawiając nas w morzu bólu. Tata zaczął pić, topiąc duszę w taniej wódce, a nasz dom zamienił się w ruinę, zasypaną odłamkami butelek i niemym rozpaczem.

Kuchenna szafka opustoszała, stając się niemym świadkiem naszego upadku. Włóczyłam się do szkoły w Sandomierzu w brudnych ubraniach, z burczącym z głodu brzuchem. Nauczyciele krzyczeli za niewykonane lekcje, ale jak miałam się uczyć, gdy myślałam tylko o tym, jak przetrwać dzień? Przyjaciele odwrócili się plecami, ich szepty ciąły ostrzej niż nóż, a sąsiedzi patrzyli ze współczuciem. W końcu ktoś nie wytrzymał — wezwano opiekę społeczną. Surowe panie wpadły do domu, gotowe wyrwać mnie z drżących rąk ojca. Upadł przed nimi na kolana, szlochając i błagając o jedną szansę. Dano mu jeden kruchy miesiąc — ostatnią słomkę nad przepaścią.

Ta wizyta otrzeźwiła tatę. Zaczaił się iść do sklepu, przyniósł zakupy, a razem wyczyszczaliśmy dom, aż w jego ciemności zabłysła słaba iskra dawnego ciepła. Obiecał rzucić picie, i w jego oczach mignął cień człowieka, którego znałam dawniej. Zaczęłam wierzyć w cud. Pewnego dnia, gdy wiatr tłukł w okiennice, tata mruknął, że chce przedstawić mi kogoś. Serce ścisnęło się — czyżby już zapomniał o mamie? Zapewnił, że nikt jej nie zastąpi, ale to nasza szansa, by uciec przed opieką społeczną.

Tak poznałam ciocię Hanię.

Pojechaliśmy do niej do Kazimierza Dolnego, do starego domku nad Wisłą, otoczonego pokrzywionymi brzozami. Hania była huraganem — dobra, ale z siłą niedźwiedzia, jej głos jak kotwica ratunku, a spojrzenie jak latarnia. Miała syna, Kubę, dwa lata młodszego ode mnie, chudzielca ze śmiechem, który rozganiał chłód. Od razu znaleźliśmy wspólny język — gnaliśmy po ulicach, tarzaliśmy się nad brzegiem, aż padaliśmy ze zmęczenia. W drodze powrotnej powiedziałam tacie, że Hania jest jak promyk słońca, a on tylko skinął głową. Po paru tygodniach spakowaliśmy rzeczy, wynajęliśmy dom i przenieśliśmy się do Kazimierza — desperacka próba zaczęcia od nowa.

Życie powoli wracało na tory. Hania opiekowała się mną z taką miłością, że rany powoli się goiły — cerowała moje podarte spodnie, gotowała gęstą kapuśniak, a wieczorami siedzieliśmy razem, gdy żarty Kuby rozrywały ciszę. Stał się moim bratem — nie przez krew, ale przez wspólny ból. Kłóciliśmy się, marzyliśmy, godziliśmy się — nasza wierność nie potrzebowała słów. Ale szczęście to kruchy gość, a los lubi je kruszyć. Pewnego mroźnego ranka tata nie wrócił. Telefon rozdarł ciszę — zginął, przejechał go ciężarówka na oblodzonej drodze. Ból pożerał mnie jak dzikie zwierzę, pozwalając ledwo oddychać. Opieka wróciła, zimna i nieubłagana. Bez prawnego opiekuna wyrwano mnie z objęć Hani i wysłano do domu dziecka w Lublinie.

Dom dziecka był więzieniem beznadziei — szare ściany, zimne łóżka, wypełnione westchnieniami zagubionych dusz. Czas wlókł się, każda minuta to cios w serce. CzAle kiedy już straciłam nadzieję, Hania i Kuba znów stanęli w drzwiach, a w ich oczach płonęła determinacja, by nigdy więcej mnie nie opuścić.

Leave a Comment