Motocykliści zablokowali karetkę z moim umierającym dzieckiem – ich czyn wciąż mnie prześladuje3 min czytania.

Dzielić

Motocykliści zablokowali karetkę, w której umierał mój syn, a ja krzyczałam, żeby odjechali, dopóki nie zrozumiałam, co naprawdę robili.

Siedem motocykli otoczyło nas na drodze krajowej nr 8, podczas gdy mój czternastoletni syn wykrwawiał się na noszach. Biłam w szybę, przeklinałam, modliłam się, błagałam Boga, żeby ich zabrał.

Wtedy zobaczyłam, jak rozjeżdżają się przed nami jak formacja wojskowa.

Dwadzieścia minut wcześniej mój syn, Jarek, miał być na treningu piłki nożnej. Zamiast tego roztargniony kierowca przejechał na czerwonym świetle z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i uderzył w moją Skodę od strony pasażera. Tam, gdzie siedział Jarek.

Nie pamiętam uderzenia. Pamiętam ciszę po nim. Tę przerażającą ciszę, zanim zaczęły się krzyki.

„Mamo.” Głos Jarka był mokry, bulgoczący. „Mamo, nie mogę oddychać.”

Spojrzałam i zobaczyłam syna cawego we krwi. Wszędzie szkło. Drzwi pasażera wgniecione do środka jak zgnieciona puszka. Oczy Jarka szerokie, pełne strachu.

„Nie zasypiaj, kochanie. Zostań ze mną. Nadchodzi pomoc.”

Pogotowie przyjechało w sześć minut. Wydawało mi się, że to sześć godzin. Wycięli Jarka z wraku i załadowali do karetki. Jeden z nich spojrzał na mnie w sposób, którego nigdy nie zapomnę. Wyraz twarzy, który mówił, że nie jest pewien, czy mój syn przeżyje drogę do szpitala.

„Pani może jechać z nami, ale musi pani nie przeszkadzać.”

Wsiadłam i przycisnęłam się do ściany. Patrzyłam, jak pracują przy moim chłopcu. Masaż serca. Kroplówki. Maska tlenowa. Tyle krwi. Więcej, niż myślałam, że może być w ciele.

„Tracimy go,” powiedział jeden z ratowników. „Spada mu ciśnienie. Musimy jechać szybciej.”

Kierowca włączył syreny. Ruszyliśmy gwałtownie. Przez małe tylne okno widziałam ruch przed nami. Godziny szczytu. Wszędzie samochody. Nikt nie ruszał się z miejsca. Nikt nie mógł się przesunąć.

„No dalej, dalej,” mruknął kierowca. Słyszałam jego frustrację przez przegrodę.

Wtedy zobaczyłam motocykle.

Najpierw był tylko jeden. Ogromny, czarty Harley, który pojawił się obok karetki. Motocyklista był potężny. Skórzana kamizelka, długa broda, tatuaże na rękach. Spojrzał na karetkę, potem na korek i nagle przyspieszył przed nas.

W ciągu sekund było ich więcej. Dwa, trzy, pięć, siedem motocykli pojawiających się znikąd. Otoczyli karetkę jak ochronny szyk.

„Co do diabła?” powiedział kierowca.

Nie rozumiałam. Mój umysł był zamglony przez strach. Widziałam tylko, że mój syn umiera, a teraz ci motocykliści nas otaczają, spowalniają.

„Ustąpcie!” krzyczałam. Biłam w szybę. „Zjedźcie z drogi! Mój syn umiera!”

Motocykliści nie zjechali.

Ruszyli naprzód.

Przodujący motocyklista przyspieszył przed karetkę. Zatrzymał się tuż przed vanem, który nie ustępował, i tak głośno dodał gazu, że słyszałam to ponad syrenami. Van gwałtownie zjechał na pobocze.

Dwóch kolejnych motocyklistów zajęło lewą stronę drogi, zmuszając samochody do zjechania. Dwóch innych zajęło prawą stronę. Pozostali dwW ciągu następnych pięciu minut, prowadzeni przez tych aniołów w skórzanych kurtkach, dotarliśmy do szpitala, gdzie lekarze uratowali życie mojego Jarka.

Leave a Comment