Bogacz w szoku na widok pracownicy, która jest żywym obrazem zaginionej córki…5 min czytania.

Dzielić

Musiałem sprawdzić nowy apartamentowiec. Jak zwykle: drogie garnitury, sztuczny klimatyzowany chłód i pośpiech. Ale gdy dotarłem na miejsce, wszystko stanęło w miejscu.

Szara kurzawa pokrywała plac budowy jak gęsta mgła, przez którą ledwo co widać, ale nawet ten pył nie mógł ukryć tej sylwetki.

„Panie Kowalski?” – zapytał nerwowo mój kierowca. „Coś się stało?”

Nie odpowiedziałem. Otworzyłem drzwi i wybiegłem, nie zważając, że moje designerskie buty zabłociły się po kostki.

Tam stała ona. Chuda dziewczyna w zniszczonym kasku i za dużej kamizelce, która opadała jej z ramion. Przerzucała cement w pełnym słońcu, cała spocona. Ale gdy odwróciła się, by otarć twarz… poczułem, jakby ktoś wbił mi nóż w serce.

Ten wzrok. Te przeklęte zielone oczy.

Identyczne jak u mojej żony, która odeszła. Takie same jak u mojej małej Zosi, która zgubiła się w parku dwadzieścia lat temu i której wszyscy zapewniali, że nie żyje.

„Ty! Hej, ty!” – krzyknąłem ochrypłym głosem.

Upuściła łopatę i cofnęła się, spuszczając głowę.

„Przepraszam, szefie” – powiedziała drżącym głosem. „Przysięgam, że nie obijałam się, tylko ocierałam pot. Proszę, nie wyrzucaj mnie, błagam, mam chorą babcię.”

Podszedłem tak blisko, że poczułem zapach świeżego cementu na jej ubraniu. Wziąłem jej dłonie – pokryte odciskami i zadrapaniami.

„Nie wyrzucę cię…” – odpowiedziałem ze łzami w oczach. „Spójrz na mnie. Jak się nazywasz?”

Podniosła wzrok, zdezorientowana i przestraszona. „Nazywam się Ania, proszę pana… Jestem tylko robotnicą budowlaną.”

„Nie…” – pokręciłem głową i odgarnąłem jej brudne włosy z szyi. „Jeśli jesteś tą, o której myślę, musisz mieć tu trzy pieprzyki.”

To, co zobaczyłem, sparaliżowało mnie. Ale wtedy nadbiegł majster budowy i krzyknął coś, co zburzyło wszystko, co myślałem o porwaniu mojej córki.

**Majster Coś Wiedział**

Majster nadbiegł, czerwony ze złości.

„Panie Kowalski! Niech pan natychmiast odejdzie od tej dziewczyny!”

Spojrzałem na niego, nie rozumiejąc. Wciąż trzymałem dłonie Ani.

„Ta robotnica to same kłopoty” – kontynuował majster. „Jest tu ledwie tydzień, a już robi problemy. Nie można tak nachodzić inwestorów!”

Ania gwałtownie się wyrwała. Trzęsła się jak osika.

„Nie zrobiłam nic złego, panie Marianie. Ten pan mnie złapał.”

Ogarnęła mnie wściekłość. Takiej nie czułem od dnia, gdy straciłem Zosię.

„Jak śmiesz tak do niej mówić?!” – warknąłem na majstra. „Ta dziewczyna nic ci nie zawiniła.”

Pan Marian spojrzał na mnie, jakbym oszalał.

„Z całym szacunkiem, panie Kowalski, ale pan nie zna tych ludzi. Wszyscy kłamią. Przyjeżdżają z nikąd, bez papierów, wymyślają historie, żeby wzbudzić litość.”

Coś w jego tonie rozjuszyło mnie jeszcze bardziej. Ale też dało do myślenia. Bez papierów? Skąd ta dziewczyna się wzięła?

Spojrzałem na Anię. Miała wzrok wbity w ziemię, ale w jej twarzy było coś więcej niż strach przed utratą pracy.

„Gdzie mieszkasz?” – zapytałem łagodnie.

Zawahała się. Przygryzła wargę.

„W… wynajętym pokoju. Na Woli.”

„Z kim?”

„Z babcią. Już panu mówiłam.”

„A rodzice?”

Jej twarz się skurczyła. Po policzku spłynęła brudna łza.

„Nie znam ich, proszę pana. Babcia mówi, że porzucili mnie, jak byłam niemowlęciem.”

Świat znów się dla mnie zatrzymał. Niemowlę. Porzucona. Babcia. Kawałki układanki zaczynały tworzyć przerażający obraz.

„Ile masz lat?”

„Dwadzieścia trzy, chyba… Babcia nie jest pewna.”

Dwadzieścia trzy. Moja Zosia też miałaby dwadzieścia trzy, gdyby żyła.

Majster niecierpliwie sapnął. „Panie Kowalski, naprawdę nie powinien pan tracić czasu na…”

„Zamknij się!” – wrzasnąłem. „Zwolniony. Wynoś się natychmiast.”

Pan Marian zbladł. Otworzył usta, by zaprotestować, ale coś w moim spojrzeniu go powstrzymało. Odszedł, mamrocząc pod nosem.

Gdy byliśmy sami – no, prawie sami, bo na budowie zawsze jest pełno gapiów – uklęknąłem przed Anią.

Cofnęła się przestraszona.

„Nie zrobię ci krzywdy” – powiedziałem. „Tylko posłuchaj mnie. Dwadzieścia lat temu zgubiłem córkę w parku. Miała na imię Zosia. Trzy lata. Miała takie same oczy jak ty. I trzy pieprzyki na szyi, właśnie tutaj.”

Wskazałem miejsce, gdzie je zobaczyłem. Ania instynktownie dotknęła szyi.

„Wiele osób ma pieprzyki, proszę pana.”

„Nie takie. Były ułożone w idealny trójkąt. Moja żona mówiła, że to trzy gwiazdy z pasa Oriona.”

W jej oczach pojawił się błysk. Nagłe olśnienie.

„Babcia…” – szepnęła. „Babcia zawsze mówiła, że moje pieprzyki są wyjątkowe. Że to znak z nieba.”

Serce waliło mi tak mocno, że myślałem, iż eksploduje.

„Możesz mi je pokazać?”

Wahała się długą chwilę. W końcu zdjęła kamizelkę i odsunęła kołnierz podkoszulki.

Były tam. Trzy pieprzyki. Tworzące idealny trójkąt. Gwiazdy Oriona.

Omal nie upadłem. Osunąłem się na kolana w błocie i płakałem, jak nie płakałem od pogrzebu żony.

„To ty” – łkałem. „To moja mała. Moja Zosia.”

Ania też płakała, ale z dezorientacji.

„Nic nie rozumiem, proszę pana. Nie jestem pana córką. Babcia wychowała mnie od zawsze.”

„Jak ma na imię twoja babcia?”

„Pani Wanda. Wanda Nowak.”

To nazwisko nic mi nie mówiło. Ale porywacze nie posługują się prawdziwymi nazwiskami.

„Muszę się z nią spotkać” – powiedziałem. „Muszę z nią porozmawiać.”

Ania otarła łzy rękawem. „Jest bardzo chora. Prawie nie wstaje z łóżka.”

„W takim razie pojadę do was. Proszę. Daj mi tę szansę.”

Spojrzała na mnie tymi zielonymi oczami – identNastępnego dnia, gdy słońce wyjrzało zza chmur, postanowiliśmy razem z Anią odwiedzić panią Wandę w szpitalu, bo choć przeszłość była pełna bólu, przyszłość dopiero się zaczynała.

Leave a Comment