Julian Kowalski spojrzał na cyfrową listę gości na najważniejszy wieczór swojego życia i zrobił coś niewyobrażalnego. Jednym dotknięciem palca usunął nazwisko swojej żony. Uważał, że jest zbyt zwyczajna, zbyt prosta i zbyt nieśmiała, by stać u jego boku na gali Vanguard miliardera. Myślał, że chroni swój wizerunek. Nie miał pojęcia, że podpisuje własny wyrok śmierci.
Nie wiedział, że kobieta, która czekała na niego w domu w dresowych spodniach, nie była tylko gospodynią domową. Nie wiedział, że cała gala nie była organizowana dla niego, ale przez nią. Gdy drzwi wielkiej sali w końcu się otworzyły, Julian nie tylko stracił reputację – zrozumiał, że żył w cieniu królowej, a tej nocy królowa miała odebrać swoją koronę.
Powietrze w biurze na ostatnim piętrze Kowalski Enterprises pachniało espresso, drogą skórą i arogancją. Julian Kowalski, mężczyzna, który niedawno pojawił się na okładce Forbesa pod nagłówkiem „Przyszłość technologii”, stał przy oknie, patrząc na szary horyzont Warszawy. Poprawił mankiety koszuli, których złote spinki odbijały przygaszone światło popołudnia.
—Panie, ostateczna lista gości na galę Vanguard trafi do druku za dziesięć minut —powiedział jego asystent, Marek.
Marek był bystrym i spostrzegawczym młodym człowiekiem, który pracował w firmie na tyle długo, by dostrzec pęknięcia, które Julian ignorował. Julian odwrócił się i podszedł do mahoniowego biurka.
—Pokaż mi ją jeszcze raz.
Marek podał mu tablet. Julian przewiał przez nazwiska. Był to „kto jest kim” światowej elity: senatorzy, potentaci naftowi, technologiczni giganci i europejska arystokracja. To była noc, na którą Julian pracował pięć lat. Nie tylko brał w niej udział – miał wygłosić przemówienie. Oczekiwano, że ogłosi fuzję, która po raz trzeci uczyni go miliarderem.
Jego palec zatrzymał się na nazwisku na szczycie listy VIP: Zofia Kowalska. Julian lekko ściągnął usta. Poczuł irytację i zawstydzenie. Pomyślał o Zofii: ciepłej, cichej kobiecie, która nosiła obszarne swetry, spędzała dni pielęgnując ogród w swojej posiadłości pod Krakowem, a jej wyobrażenie szalonej nocy to pieczenie chleba na zakwasie.
Była kobietą, która wspierała go, gdy był studentem bez grosza przy duszy. Tak, to ona płaciła czynsz, gdy jego pierwsza firma upadła – ale to było dawno. Teraz był kimś innym.
—Ona tu nie pasuje —mruknął Julian do siebie.
—Panie? —zapytał zdezorientowany Marek.
—Zofia —rzekł Julian chłodnym tonem. —Nie jest gotowa na takie towarzystwo, Marek. Wiesz, jak się zachowuje. Stoi w kącie ze szklanką wody w dłoni. Nie potrafi rozmawiać z ludźmi. Jej sukienki wyglądają, jakby kupiła je w najtańszym sklepie. Ta noc to władza, to wizerunek.
Julian pomyślał o kobiecie, która czekała na niego w lobby Hotelu Bristol: Natalii Nowak. Natalia była modelką, która została ambasadorką marki. Była inteligentna, ambitna i oszałamiająco piękna. Potrafiła się śmiać z kiepskich żartów, szeptać inwestorom do ucha i wyglądać idealnie u jego boku na zdjęciach.
—Usuń ją —powiedział Julian.
Marek mrugnął zaskoczony.
—Usunąć panią Kowalską? To przecież żona pana. To gala Vanguard. Zwykle małżonkowie…
—Powiedziałem, usuń ją —warknął Julian, uderzając tabletem w biurko. —Jestem prezesem tej firmy, Marek. To ja decyduję, kto nas reprezentuje. Zofia jest obciążeniem tej nocy. Muszę zamknąć deal ze Sterling Group. Jeśli Arthur Sterling zobaczy mnie z gospodynią domową, która nie potrafi rozmawiać o makroekonomii, uzna, że jestem słaby. Wymaż jej nazwisko. Odbierz jej przepustkę. Jeśli się pojawi, nie wpuszczaj jej.
Marek zawahał się, na jego twarzy malowało się głębokie niezadowolenie. Lubił Zofię. Pamiętała jego urodziny, gdy Julian zapominał. Przysyłała mu zupę, gdy chorował. Ale potrzebował tej pracy.
—Jak pan życzy, panie Kowalski —powiedział cicho, dotykając ekranu. —Zofia Kowalska usunięta.
—Dobrze. —Julian poprawił krawat, patrząc na swoje odczicie w oknie. —Powiem jej, że to wydarzenie tylko dla mężczyzn, dla członków zarządu. Jest naiwna. Uwierzy.
Wziął marynarkę i skierował się do drzwi.
—Przyślij samochód po pannę Nowak. Będzie mi towarzyszyć tej nocy.
Julian wyszedł z biura, czując się lżejszy. Czuł się potężny. Pozbył się balastu. Był gotowy podbić świat. Nie miał pojęcia, że powiadomienie o usunięciu nie trafiło tylko do organizatorów. Zostało wysłane na zaszyfrowany serwer w podziemnym biurze w Zurychu – serwer należący do holdingu, który w tajemnicy posiadał większość udziałów Kowalski Enterprises.
Pięć minut później w ogrodzie podkrakowskiej posiadłości telefon Zofii Kowalskiej zadrżał.
Zofia Kowalska otarła ziemię z rąk o fartuch. Miała 32 lata, delikatne rysy i oczy w kolorze wypolerowanego orzecha laskowego. Dla świata i dla męża była Zofią – gospodynią domową, sierotą, której poszczęściło się, że wyszła za gwiazdę wschodzącą. Spokojna kobieta, zadowolona z życia w cieniu, wzięła telefon z tarasowego stolika. To był alert bezpieczeństwa.
**ALERT: Dostęp gościa VIP cofnięty. Nazwisko: Zofia Kowalska. Autoryzował: Julian Kowalski.**
Zofia wpatrywała się w ekran. Nie płakała, nie jęknęła, nie rzuciła telefonem. Zamiast tego ciepło w jej oczach zgasło, zastąpione lodowatym, przerażającym chłodem. Przesunęła palcem, by usunąć powiadomienie, i otworzyła inną aplikację – tę, która wymagała odcisku palca, skanu siatkówki i 16-cyfrowego kodu.
Ekran ściemniał, ukazując złotą tarczę: **Grupa Aurora**.
Grupa Aurora była funduszem venture capital tak ekskluzywnym, że nie miała nawet strony internetowej. Kontrolowała linie żeglugowe, patenty farmaceutyczne i start-upy technologiczne. Pięć lat temu, gdy pierwsza firma Juliana tonęła w długach, Grupa Aurora interweniowała z anonimową inwestycją w wysokości 200 milionów złotych. Julian myślał, że zaimponował anonimowym szwajcarskim inwestorom.
Nigdy nie wiedział, że Aurora było drugim imieniem Zofii. Nigdy nieZofia uniosła głowę, uśmiechając się zimno, gdy w końcu zrozumiał, że korona, którą nosił, nigdy nie należała do niego, tylko do niej.



