Nikt nie zauważył chłopca na początku.
Tak miało być.
W blasku kryształowych żyrandoli i złoconych luster niewidzialność przychodziła łatwo takim jak on. Przesuwał się cicho między marmurowymi stołami, wycierając rozlane szampany i zbierając porzucone serwetki, jego drobne dłonie pozostawały pewne mimo hałasu. Goście śmiali się zbyt głośno, ich głosy wypolerowane i wyćwiczone, dźwięk pieniędzy i władzy odbijający się od ścian.
Impreza odbywała się w prywatnej posiadłości pod Warszawą, w miejscu, którego nie było na mapach. Przy podjeździe ustawiono luksusowe samochody warte więcej niż całe osiedla. Wewnątrz powietrze pachniało drogimi perfumami i ambicją.
Chłopiec nazywał się Tymoteusz.
Tymoteusz miał na sobie wypożyczoną czarną kamizelkę, która nie do końca pasowała, z rękawami zawiniętymi za wysoko na jego chudych ramionach. Pod spodem nosił wyblakłą koszulę, postrzępioną przy kołnierzu. Personel dał mu tę pracę, bo mało mówił i nie narzekał. Przychodził wcześniej. Zostawał później. A kiedy ludzie na niego patrzyli, widzieli dokładnie to, czego się spodziewali.
Nic ważnego.
Tymoteusz nauczył się wcześnie, że cisza sprawia, że dorośli czują się komfortowo. Cisza sprawia, że stają się beztroscy.
Wycierał stół przy krawędzi sali, gdy za jego plecami wybuchł śmiech. Grupa mężczyzn w dopasowanych garniturach stała pośrodku, trzymając kieliszki z bursztynowym trunkiem, ich zeglarki błyszczały w świetle. W centrum stał gospodarz.
Bartosz Kowalczyk.
Wszyscy znali to nazwisko. Król technologii. Inwestor. Człowiek, który budował imperia, niszczył konkurencję i zamieniał ryzyko w religię. Jego uśmiech był ostry, wyrachowany, taki, który sprawiał, że ludzie czuli się wyróżnieni, mogąc stać w jego pobliżu.
Bartosz uniósł dłoń, i muzyka natychmiast przycichła.
Sala była mu posłuszna.
— Panie i panowie — powiedział gładko, jego głos niósł się bez wysiłku. — Mam nadzieję, że dobrze się bawicie.
Nastąpiły oklaski, automatyczne i pełne podniecenia.
Tymoteusz zatrzymał się, ścierka wciąż w dłoni, wzrok opuszczony.
— Dziś wieczorem — kontynuował Bartosz — chciałem dodać trochę… rozrywki.
Dwóch mężczyzn wtoczyło na scenę wysoki stalowy obiekt. Był gładki, industrialny, niepasujący do jedwabi i kryształów. Sejf wysokiej klasy, matowo czarny, bez widocznej klawiatury — tylko panel biometryczny i wzmocniona kłódka.
Kilku gości pochyliło się do przodu.
— To — powiedział Bartosz, wskazując niedbale — jest specjalnie zaprojektowany sejf. Szyfrowanie na poziomie militarnym. Brak kluczy. Brak kodów. Tylko jeden sposób, by go otworzyć.
Uśmiechnął się szerzej.
— Jeśli ktoś z was to potrafi… dam mu milion złotych.
Przez tłum przebiegł falTymoteusz dotknął panelu, a gdy sejf otworzył się z cichym sykiem, w powietrzu zawisło coś więcej niż tylko obietnica pieniędzy — coś, czego nikt, nawet Bartosz, nie mógł przewidzieć.



