Automatyczne drzwi Szpitala im. Świętej Jadwigi nigdy nie były przystosowane do tego, by zostać wyważone o trzeciej nad ranem – w mieście, gdzie po północy najgłośniejszym dźwiękiem był zwykle przejeżdżający pociąg towarowy albo pijany student przekonujący automat z napojami, by wydał resztę. Tej nocy jednak drzwi nie rozsunęły się grzecznie – zatrzasnęły się z taką siłą, że szyby zadrżały w futrynach, a na jedną zawieszoną w czasie sekundę cała izba przyjęć zamarła.
Mężczyzna, który wtargnął do środka, wyglądał jak nagłówki, które ludzie czytają już po fakcie – zaczynające się od słów „groźny”, „uzbrojony” czy „niebezpieczny”. Postać wysoka, oblepiona wilgotną skórą i błotem, z deszczem spływającym z ramion na sterylne płytki, zostawiająca za sobą ciemne ślady butów, jakby ciągnął za sobą burzę.
Nikt jeszcze nie znał jego imienia, ale nazywał się Piotr „Wicher” Nowak, a w ramionach niósł umierającą dziewczynkę.
Nie ważyła więcej niż dwadzieścia kilogramów, jej małe ciało bezwładnie zwisało na jego piersi, głowa przechylała się nienaturalnie, gdy się poruszał. Ciemne włosy przylepione do twarzy, która traciła kolor, skóra o odcieniu sino-szarym – każda pielęgniarka w zasięgu wzroku od razu poznała niebezpieczeństwo, zanim potwierdziły to monitory. Widok był tak niewłaściwy w ostrym szpitalnym świetle, że rozmowy urywały się w pół słowa, a ochroniarz przy recepcji instynktownie sięgnął po radiostację.
„RATUJCIE JĄ!” – wrzasnął mężczyzna, jego głos ochrypły, pęknięty, odbijający się echem od ścian z taką siłą, że kilku ludzi się wzdrygnęło, nie dlatego, że brzmiał groźnie, ale dlatego że brzmiał jak ktoś, kogo już nic nie trzyma. „Nie oddycha prawidłowo. Zamarza. Proszę.”
Przez moment nikt się nie poruszył.
Wtedy Hanna Dąbrowska, pielęgniarka dyżurna, rzuciła się do przodu, jakby instynkt pokonał strach. Jej dokumenty spadły na stół, gdy podbiegła, oczy już skanując twarz dziecka, postawa pewna nawet gdy wyciągnęła ręce.
„Nosze!” – zawołała twardo. „Oddział ratunkowy, dwa. Natychmiast.”
Dwie pielęgniarki pobiegły, koła piszcząc, gdy wyciągnęły wózek, a Hanna stanęła tuż przed motocyklistą, na tyle blisko, by poczuć zapach mokrego asfaltu, oleju i czegoś metalicznego, co ściągnęło jej żołądek.
„Panie, muszę ją od pana przejąć” – powiedziała, nie pozbawiona życzliwości, ale bez wahania.
Przez pół sekundy Piotr się nie ruszył.
Jego ramiona się zacisnęły, szczęka zwarta tak mocno, że mięsień drgnął na policzku. Hanna coś zobaczyła w jego twarzy – nie agresję, ale terror, który przychodzi, gdy wiesz, że może już jest za późno.
„Ona nie może umrzeć” – powiedział ochryple.
„Nie pomogę jej, jeśli pan jej nie puści” – odparła cicho, patrząc mu w oczy.
Coś w jej tonie przebiło się.
Piotr położył dziewczynkę na noszach z taką ostrożnością, jakby była relikwią, jego ręce zawisły na ułame czasu, jakby bał się, że zniknie, jeśli puści. Gdy pielęgniarki odjechały z nią przez drzwi oznaczone TYLKO DLA PERSONELU, zachwiał się, jakby wyrwano mu ciężar z rąk, osuwając się na plastikowe krzesło pod ścianą.
„Nazwisko?” – spytała rejestratorka, palce nad klawiaturą.
Piotr patrzył na swoje dłonie, wciąż mokre od deszczu i krwi, która nie była jego. „Ma na imię… Jagoda” – powiedział w końcu.
„Nazwisko?”
„Nie wiem.”
Rejestratorka zmarszczyła brwi. „Data urodzenia?”
Śmiech Piotra był ostry i pozbawiony humoru. „Gdybym to wiedział, myślisz, że siedziałbym tu?”
Wtedy przyszła policja.
Dwóch funkcjonariuszy, wezwanych przez spanikowanego ochroniarza, który użył słowa „intruz”, weszło do izby przyjęć z dłońmi przy kaburach. Ich wzrok natychmiast padł na Piotra, jakby był oczywistym problemem – co w takim miasteczku pewnie było prawdą.
„Piotr Nowak” – powiedział aspirant Marek Wiśniewski, rozpoznanie mignęło mu w oczach. „Co tu się odpiernicza?”
Piotr nie podniósł głowy. „Ratuję dziecko” – mruknął.
Wiśniewski prychnął. „Śmieszny sposób. Ręce za plecy.”
Kajdanki wpiły się w nadgarstki Piotra bez oporu. Nie protestował. Nie walczył. Jego oczy wpatrywały się w zamknięte drzwi oddziału ratunkowego, jakby siłą woli mógł sprawić, by nie otworzyły się w złym momencie.
W środku Hanna działała z szybkością wypracowaną przez długie noce i gorsze wyniki, zakładając kroplówki, maskę tlenową, patrząc, jak tętno Jagody oscyluje między zbyt szybkim a niebezpiecznie wolnym.
„Temperatura głęboka wskazuje hipotermię” – oznajmiła jedna z pielęgniarek. „Ciśnienie spada.”
Hanna pochyliła się bliżej, zmarszczyła brwi, gdy przyjrzała się ramionom dziewczynki.
Tam, na wewnętrznej stronie lewego przedramienia Jagody, był tatuaż.
Nie ozdobny. Nie artystyczny.
Tylko cyfry.
11-03-21.
Wyglądał na wystarczająco stary, by się zagoić, ale nierówny, farba lekko rozmazana, jakby zrobiona przez kogoś z drżącą dłonią lub bez profesjonalnych narzędzi, i zimna struga niepokoju spłynęła Hannie po kręgosłupie.
„Sprawdzała ktoś ją w systemie?” – spytała.
Rejestratorka, Marzena, walczyła z klawiaturą. „Próbowałam. Rozpoznanie twarzy, baza zaginionych, rejestr urodzeń. Nic nie ma.”
Hanna nie przestała działać. „Sprawdź federalną.”
„Sprawdziłam” – szepnęła Marzena, jej twarz zbladła. „Hanno… nie ma żadnego śladu. Żadnego aktu urodzenia. Szczepień. Zapisu w szkole. To jakby nigdy nie istniała.”
Jakby wezwane tymi słowami, wszystkie monitory na izbie przyjęć zamarły.
Potem się zresetowały.
I zgasły.
Na stanowisku pielęgniarek radiostacja aspiranta Wiśniewskiego ożyła z hukiem statyki.
„Jednostka dwanaście” – powiedziała dyspozytW ciemności, gdy światła szpitala pogasły, a jedynym dźwiękiem były kroki nadchodzących ludzi w czarnych garniturach, Piotr spojrzał na Jagodę i wiedział, że to dopiero początek wojny, której nikt nie widzi.



