Nigdy nie zapomnę dźwięku własnego serca, które waliło mi w uszach jak oszalały bęben, zagłuszając nawet głos sędziego. Siedziałam na twardym, drewnianym krześle, z wilgotnymi dłońmi zaciśniętymi tak mocno, że palce zrobiły się białe. Przede mną sędzia Wojciech Nowak, znany z nieugiętości w sprawach rodzinnych, studiował dokumenty przedłożone przez moich szwagrów.
Spór o mieszkanie mojej zmarłej teściowej, Katarzyny, zamienił się w koszmar trwający miesiącami. W głębi duszy wiedziałam, że moje szanse są niewielkie. Jak ja, bezrobotna wdowa, mogłam walczyć z wpływami i przebiegłością Marka i Andrzeja, braci mojego zmarłego męża? Mieli drogich prawników, idealne garnitury i starannie przygotowaną opowieść o mnie jako wyrachowanej intrygantce. Ja miałam tylko prawdę, ale w tej sali sądowej prawda zdawała się nie mieć żadnej wartości.
Właśnie wtedy, gdy poczułam, że grunt usuwa mi się spod nóg, mój sześcioletni syn, Jakub, zrobił coś, co zatrzymało czas.
Wstał z krzesła obok mnie. Nie z dziecięcym strachem, ale z determinacją, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach. Poprawił swój beżowy marynarczyk, który kupiłam w lumpeksie – ten, który upierał się nosić, bo chciał wyglądać „elegancko” – i donośnym głosem oznajmił:
— Jestem adwokatem mojej mamy.
Sędzia Nowak oderwał wzrok od dokumentów. Spojrzał na chłopca znad okularów. W sali zapadła cisza tak gęsta, że niemal ją słyszałam.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Ogarnęła mnie panika.
— Jakubie, usiądź, kochanie — szepnęłam, delikatnie ciągnąc go za rękaw. Bałam się, że zostanie upomniany, że narażę go na okrucieństwo wujków.
Ale mój syn ani drgnął. Stał jak dąb w środku burzy. Zamiast usłuchać, sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął pogniecione kartki, starannie złożone, choć po dziecięcemu.
Z drugiej strony sali rozległ się szyderczy śmiech Marka.
— Teraz nawet dzieci bawią się w adwokatów — skomentował, szukając porozSędzia Nowak uniósł rękę, aby przywrócić porządek, a w jego oczach pojawił się cień czegoś, co mogło być nadzieją dla naszej przyszłości.



