Złapałam brudną, bosą dziewczynkę, która zakradała się do mojego domu po jedzenie. Zamiast wezwać policję, wskazałam na pianino i rzekłam: ‘Zaimponuj mi’. Tego się nie spodziewałam.4 min czytania.

Dzielić

ROZDZIAŁ 1: Cień w Pałacu Szkła

Szampan był rocznik ’98, kawior przywieziono prosto znad Morza Kaspijskiego, a ja byłem śmiertelnie znudzony.

Tak już jest, gdy ma się wszystko — w końcu nic nie potrafi cię poruszyć.

Nazywam się Julian Kowalski. Jeśli mieszkasz w Warszawie, znasz to nazwisko. Widziałeś je wypisane złotymi literami na szpitalnych skrzydłach lub wieżowcach. Tej nocy odbywało się moje doroczne przyjęcie zimowe w rezydencji pod Konstancinem. Na zewnątrz zamieć zasypała podjazd prawie metrową warstwą śniegu. W środku termostat wskazywał dwadzieścia stopni, a powietrze niosło zapach drogich perfum i odziedziczonego majątku.

Stałem przy kominku, leniwie kręcąc kieliszkiem, gdy senator prawił coś o lukach podatkowych. Nagle rozległy się krzyki.

Nie zdziwione okrzyki, nie uprzejme westchnienia — lecz dzikie, zwierzęce wycie.

„Puść mnie! Jestem głodna! Chcę tylko chleba!”

Kwartet smyczkowy — akurat w środku Mozarta — urwał w pół taktu. Rozmowy zamarły.

Po drugiej stronie sali, przy stołach z jedzeniem, mój szef ochrony, Marek, zmagał się z czymś małym i wściekłym.

Westchnąłem, odstawiając kieliszek na marmurową półkę. „Wybacz, senatorze”.

Przeszedłem przez pokój. Goście, których stroje kosztowały więcej niż niejedno auto, rozstępowali się jak Morze Czerwone, z grymasami obrzydzenia na twarzach.

„Co się tu dzieje?” — warknąłem, mój głos rozcinając napięcie.

Marek spojrzał na mnie, dysząc ciężko. Ściskał ramię dziecka.

Dziewczynka nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat.

Była skazą na doskonałości tego wieczoru. Jej twarz była umazana sadzą i brudem. Miała na sobie męską bluzę siejącą się po kolana, podartą i poplamioną czymś, co wyglądało na smar.

Lecz to jej stopy przykuły moją uwagę.

Bose.

W środku zimy, przy wyciu zamieci za oknami, nie miała butów. Palce miała czerwone, spuchnięte, popękane, zostawiała mokre ślady na moich wypolerowanych podłogach.

„Panie Kowalski” — mówił Marek przez zaciśnięte zęby, mocniej chwytając, gdy się szarpała. — „Znalazłem tę… szczurzycę, jak wślizgiwała się przez wejście dla służby. Wkładała bułki do kieszeni”.

Dziewczynka przestała się szarpać, gdy mnie zobaczyła. Podniosła wzrok, a jej oczy — zbyt stare jak na tę twarz — zaskoczyły mnie. Nie były przerażone. Były wściekłe.

„Nie kradłam” — warknęła ochryple. — „Brałam resztki. I tak mieliście je wyrzucić”.

Po sali przebiegł szmer. Kobieta w aksamitnej sukni ścisnęła korale. „Co za bezczelność” — szepnęła.

Spojrzałem na dziewczynkę, potem na stół za nią — uginał się od homarów, rostbefu, tortów. Nie kłamała. Wyrzucaliśmy tyle jedzenia, że starczyłoby dla małej wioski.

Ale nie byłem organizacją charytatywną. Byłem biznesmenem. I nienawidziłem zakłócania porządku.

„Marku” — powiedziałem chłodno. — „Wezwij policję. Zabierz ją z moich oczu”.

„Nie!” — Dziewczynka zawyła, padając na kolana i ciągnąc za sobą Marka. — „Proszę! Nie policję. Rozdzielą nas. Nie chcę z powrotem do domu dziecka. Proszę!”

„Nas?” — zmarszczyłem brwi. — „Jesteś sama”.

„Mój brat” — szlochała, łzy wreszcie przecinając brud na policzkach. — „Jest na zewnątrz. Jest chory. Potrzebuje jedzenia. Proszę, panie. Zrobię wszystko. Będę zamiatać. Myć podłogi. Dajcie mi tylko talerz”.

Rozejrzałem się. Goście patrzyli uważnie, czekając, czy „Żelazny Wilk Giełdy” ma serce.

Nie miałem. Serce to słabość.

Ale miałem ciekawość. I wypaczony zmysł rozrywki.

Spojrzałem po sali. Zamiatać? Nudne. Myć naczynia? Bezsensowne.

W końcu mój wzrok padł na centralny punkt.

Mój fortepian Steinway & Sons Model D — czarny, dominujący — stał na podwyższeniu. Półmilionowe arcydzieło, nietknięte cały wieczór, bo wynajęty pianista zgłosił grypę.

Pomysł był okrutny. Zabawny.

„Puść ją, Marku” — powiedziałem.

Marek zawahał się. „Panie?”

„Powiedziałem, puść”.

Wypuścił ją. Dziewczynka zachwiała się, pocierając posiniaczone ramię, rzucając spojrzenia w stronę drzwi jak osaczone zwierzę.

„Mówiłaś, że zrobisz wszystko za talerz jedzenia” — podszedłem bliżej. Górowałem nad nią. — „Prawda?”

Skinęła desperacko, patrząc na półmisek z pieczenią. „Tak. Wszystko”.

„Dobrze” — wskazałem Steinwaya. — „Zagraj”.

W sali zapadła cisza.

Mrugnęła, zdezorientowana. „Co?”

„Fortepian” — powiedziałem, głos pełen wyzwania. — „Chcesz jeść jak królowa? To zabaw nas. Usiądź i zagraj mi utwór. Jeśli będzie dobry — jeśli przyku„Jeśli utrzymasz uwagę moich gości przez pięć minut, możesz zabrać tyle jedzenia, ile uniesiesz,” dodałem, patrząc, jak drobne, zmarznięte dłonie unosiły się nad klawiaturą, gotowe odmienić nasze życie na zawsze.

Leave a Comment