DZIENNIK JULIANA TARNOWSKIEGO
ROZDZIAŁ 1: Cień w Pałacu Szkła
Szampańskie było z rocznika ’98, kawior prosto z Morza Kaspijskiego, a ja… byłem śmiertelnie znudzony.
To przekleństwo posiadania wszystkiego — w końcu nic cię już nie porusza.
Nazywam się Julian Tarnowski. Jeśli mieszkasz w Warszawie, znasz to nazwisko. Widziałeś je na skrzydłach szpitali lub wieżowcach. Tej nocy odbywało się moje coroczne Świąteczne Przyjęcie w rezydencji w Konstancinie. Na zewnątrz zamieć pochłonęła podjazd pod grubą warstwą śniegu. W środku termostat wskazywał dwadzieścia stopni, a powietrze pachniało drogimi perfumami i odziedziczonym majątkiem.
Stałem przy kominku, leniwie kręcąc kieliszkiem, gdy senator prawił coś o lukach podatkowych. Nagle rozległy się krzyki.
Nie damskie piski, nie zdziwienie — ale dzikie, gardłowe wrzaski.
“Puść mnie! Jestem głodna! Chcę tylko chleba!”
Kwartet smyczkowy — w połowie Mozarta — urwał w pół nuty. Rozmowy zamarły.
Po drugiej stronie sali, przy bufecie, mój szef ochrony, Marek, szarpał się z kimś małym i wściekłym.
Westchnąłem, odstawiając kieliszek na marmurowy kominek. “Wybacz, senatorze.”
Przeszedłem przez tłum. Goście, których stroje kosztowały więcej niż niejedno auto, rozstępowali się jak Morze Czerwone, ich twarze wykrzywione obrzydzeniem.
“Co się tu dzieje?” — mój głos przeciął ciszę.
Marek spojrzał na mnie, ciężko oddychając. Trzymał ramię dziecka.
Dziewczynka miała nie więcej niż dziesięć lat.
Była plamą na perfekcyjnym wieczorze. Jej twarz była umazana sadzą i brudem. Miała na sobie męską bluzę z kapturem, sięgającą kolan, podartą i poplamioną czymś, co wyglądało na smar.
Ale to jej stopy przykuły moją uwagę.
Bose.
W środku zimy, podczas zamieci, biegała bez butów. Palce miała zaczerwienione, spuchnięte, popękane, zostawiając mokre ślady na moich wypolerowanych parkietach.
“Panie Tarnowski” — Marek zacisnął zęby. — “Złapałem tę… szczurzycę, gdy włamywała się przez wejście dla służby. Wkładała bułki do kieszeni.”
Dziewczynka przestała się szarpać, gdy na mnie spojrzała. Jej oczy — zbyt stare jak na ten wiek — były pełne furii.
“Nie kradłam!” — ochrypły głos. — “Brałam resztki. I tak byście je wyrzucili.”
Salon wstrzymał oddech. Kobieta w aksamitnej sukni ściskała perły. “Co za bezczelność” — szepnęła.
Spojrzałem na stół za nią — pełen homarów, rostbefu, tortów. Miała rację. Wyrzucaliśmy tyle jedzenia, że starczyłoby dla małej wioski.
Ale nie byłem organizacją charytatywną. Byłem biznesmenem. I nienawidziłem zakłóceń.
“Marek” — powiedziałem chłodno. — “Wezwij policję. Zabierz ją stąd.”
“NIE!” — Dziewczynka zawyła, rzucając się na kolana. — “Proszę! Nie policja! Znów nas rozdzielą! Nie chcę wracać do domu dziecka! PROSZĘ!”
“Nas?” — Zmarszczyłem brwi. — “Jesteś sama.”
“Mój brat” — łzy spłynęły po brudnych policzkach. — “Jest na zewnątrz. Chory. Głodny. Proszę, panie. Zrobię wszystko. Będę zmywać podłogi. Tylko dajcie mi talerz.”
Rozejrzałem się. Goście patrzyli, czy “Żelazny Wilk Giełdy” ma serce.
Nie miałem. Serce to słabość.
Ale miałem ciekawość. I krzywe poczucie humoru.
“Puść ją, Marek” — rozkazałem.
Mężczyzna zawahał się. “Pan jest pewien?”
“Puść.”
Gdy ją uwolnił, dziewczynka potknęła się, pocierając siniaki. Spojrzała na drzwi jak osaczony zwierz.
“Miałaś zrobić wszystko za jedzenie” — nachyliłem się. — “Prawda?”
Skinęła desperacko.
“Dobrze” — Wskazałem Steinwaya. — “Zagraj.”
Cisza.
Mrugnęła. “Co?”
“Fortepian” — rzuciłem wyzwanie. — “Chcesz jeść jak królowa? To nas zabaw. Pięć minut. Jeśli zatrzymasz uwagę — zabierzesz, ile uniesiesz.”
Kilka osób zachichotało. Myśleli, że to żart.
“A jeśli nie?” — szepnęła.
Pochyliłem się. “Marek wyrzuci cię na śnieg, a ja wezwę policję.”
Nie spodziewałem się walki. Była bezdomna. Pewnie nie umiała czytać, a co dopiero grać.
Ale ona spojrzała na fortepian. Strach znikł. Jej postawa się zmieniła.
Sprawdziła brudne dłonie. Poruszyła zsiniałymi palcami.
“OK” — powiedziała.
“OK?”
“Zagram.”
Podeszła do instrumentu. Goście cofnęli się, by nie dotknął ich “brud”.
Wspięła się na stołek. Wyglądała śmiesznie — malutka, brudna plamka przed czarnym kolosem.
“To będzie bolesne” — mruknął ktoś. — “Dziesięć złotych, że będzie walić w klawisze jak dziecko.”
Skrzyżowałem ramiona. “No dalej, malutka. Zaimponuj mi.”
Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech.
Dłonie zawisły nad klawiszami.
Spuściła je.
I świat stanął w miejscu.
ROZDZIAŁ 2: Krew na kości słoniowej
To nie była prosta melodia. Nie “Wlazł kotek na płotek”.
Pierwszy akord uderzył jak grom. Preludium Rachmaninowa cis-moll.
Dźwięk wstrząsnął salą. Ciemny, gęsty, tak potężny, że czułem go w kościach.
Mój kieliszek wypadł z dłoni. Nawet nie zauważyłem, gdy się rozbił.
Bo ta dziewczynka — ta brudna, drżąca, bosa istota — nie grała.
Walczyła z fortepianem.
Jej dłonie, które przed chwilą wyglądały na martwe, latały po klawiaturze z niewiarygodną precyzją. Oktawy spadały jak dzwony pogrzebowe.
Bum… Bum… Bum…
Salon oniemiał.
Znałem się na muzyce klasycznej. Byłem na koncertach w filharmonii. Widziałem najlepszych.
Ale to było coś innego.
To była walka. Ból przemieniony w dźwięk.
Jej włosy opadły na twarz. Całe ciało kołysało się, gdy atakI przygarnąłem te dzieci, bo w końcu zrozumiałem, że prawdziwe bogactwo nie leży w pałacach, lecz w sercu rodziny, która je wypełnia.



