Strzała dla jego bliźniąt – szef mafii ujrzał anioła.4 min czytania.

Dzielić

Dziś znów przeglądałam ten stary pamiętnik. Wszystko zaczęło się od jednego strzału. Strzału, który miał trafić nie mnie, ale sześcioletniego chłopca – dziedzica najpotężniejszego syndykatu przestępczego w Warszawie. Los jednak potrafi być przewrotny.

Gdy rozległ się huk, Zofia Nowak nie myślała o fizyce ani o polityce. Nie przyszło jej do głowy, że mężczyzna obok dziecka to Leon Krupa – człowiek, który jednym telefonem mógł zakończyć czyjeś życie. Zobaczyła tylko zagrożone dziecko. Działała instynktownie.

Gdy jej krew plamiła kostkę brukową, nie przypuszczała, że właśnie rozpęta wojnę, która podpali miasto i stopi lód wokół serca diabła.

Był to zwykły wtorek w „Złotym Widelcu”. Brzęczała porcelana, krzyczeli kucharze, a Zofia czuła, jak bolą ją stopy w tanich butach. Jej czynsz spóźniał się już trzy dni.

Przy stoliku numer 12, w najbardziej odosobnionym kącie, powietrze było inne. Siedział tam Leon Krupa. Gazety nazywały go magnatem logistyki; ulica wołała na niego „Szef”. Był przerażająco przystojny, ale chłód, który emanował, odbierał apetyt.

Tego wieczoru jednak potwór był na „ojcowskiej zmianie”. Przed nim siedzieli jego sześcioletni bliźniacy, Kacper i Tymek, w miniaturowych garniturach.
„Zjedzcie warzywa” – powiedział Leon głosem niskim i stanowczym, który brzmiał dziwnie napięty. „Nienawidzę zielonych drzew” – mruknął Kacper. „Chcę nuggetsy”.

Zofia podeszła, by nalać wody. „Właściwie” – powiedziała cicho – „jeśli kuchnia pokroi kurczaka po wiedeńsku na małe kwadraty i poda sos pomidorowy osobno, to w sumie takie eleganckie nuggetsy”.

Leon podniósł wzrok, wbijając oczy w jej. „Czyżby?”

Zofia uśmiechnęła się do chłopców. „A zielone drzewa dają supermoce. Tak Hulk urosł. Od brokułów”. Oczy Tymka stały się okrągłe. „Naprawdę?”

Gdy rachunek nadszedł, Leon zostawił napiwek 2000 złotych. Zofia sapnęła. To była równowartość jej czynszu. Pobiegła do drzwi, by podziękować.

Na zewnątrz, parkingowy podjechał opancerzonym SUV-em. Leon prowadził chłopców chodnikiem, plecami do ulicy. Wtedy Zofia zobaczyła: po drugiej stronie ulicy, w szarym sedanie, opadła szyba. Świecący pod światłem latarni tłumik lufy.

„Padaj!” – krzyknęła Zofia. Nie myślała. Pobiegła, rzuciła się w powietrze i zepchnęła obu chłopców na ziemię, osłaniając ich ciała swoim.

Puk, puk, puk.

Zofia poczuła uderzenie w prawe ramię, jakby trafił ją obuch młota. Świat eksplodował chaosem. Leon wyciągnął broń i strzelał do uciekającego auta, ale zniknęło w ruchu ulicznym.

Leon odwrócił się. Zofia leżała nieruchomo na jego dzieciach. Jej biała bluzka robiła się czerwona. „Chłopcy, jesteście ranni?” – zapytał, wyciągając drżące dzieci spod niej. Były całe we krwi, ale nie ich.

Wziął ją na ręce i wsadził do drugiego SUV-a. „Szpital Dzieciątka Jezus. Dzwonić do doktora Kowalskiego. Jeśli umrze, spalę ten szpital”.

Gdy się obudziła, Leon stał przy jej łóżku. „Masz dziurę w ramieniu” – powiedział, gdy spytała o swoją zmianę. „Nie wracasz już do tej restauracji. Teraz jesteś częścią rodziny. A rodzina nie martwi się czynszem”.

Tydzień później Zofia była w willi Krupy w Konstancinie. Pewnej nocy wyznał: „Zabiłem go, Zosiu. Mojego kuzyna. Chciał chłopców”.

„Chroniłeś swoją rodzinę” – odparła, patrząc mu w oczy. „To nie czyni z ciebie potwora, to czyni z ciebie ojca”.

Spokój był jednak ulotny. Podczas burzowej nocy zgasło światło. Zawyły alarmy. Do domu wtargnęli rosyjscy wrogowie. Zofia pobiegła, zamknęła dzieci w panicznym pokoju od zewnątrz i stanęła na korytarzu.

Nie schowała się. Uruchomiła system przeciwpożarowy, zalewając korytarz gazem halonowym, by obezwładnić napastników. Z góry, z poręczy, zobaczyła, że Leon jest otoczony. Ogromny napastnik szedł na niego. Zofia uniosła ciężki, marmurowy posąg i zrzuciła go na głowę napastnika.

Trzy dni później Leon klęknął przed nią na tarasie. „Zofio Nowak, nie obiecam ci normalnego życia. Ale obiecuję, że nikt nigdy więcej cię nie skrzywdzi. Czy wyjdziesz za mnie?”

Pięć lat później, domowe nagranie pokazywało grilla w ogrodzie. Kacper i Tymek, teraz jedenastolatkowie, kręcili film. Zofia śmiała się, trzymając na rękach małą dziewczynkę, a Leon pilnował grillowania.

„Życie nie polega na znalezieniu kogoś idealnego” – mówiła Zofia do kamery. „Tylko na znalezieniu kogoś, kto będzie o ciebie walczył, gdy cały świat stanie w płomieniach”.

Zofia nie uratowała tylko dwójki dzieci. Uratowała całą linię rodzinną i odkupiła człowieka, który uważał się za straconego. Z kelnerki stała się królową półświatka – uzbrojona w jedyną siłę potężniejszą niż kula: miłość.

Leave a Comment