Był rok 1995.
W małym, zniszczonym domku na wsi pięcioro niemowląt płakało równocześnie.
Maria właśnie urodziła pięcioraczki. Była niezwykle chuda, blada i nie miała nic do jedzenia.
Zamiast radości, jej mąż Roman był wściekły.
„Piątka?! Mario, pięcioro?!” – krzyczał Roman, pakując swoje rzeczy. – „Ledwo starcza nam na jedno dziecko, a teraz jeszcze pięcioro?! Wszyscy zginiemy z głodu!”
„Romanie, proszę, nie zostawiaj nas” – błagała Maria, trzymając dwójkę dzieci, podczas gdy pozostała trójka leżała na macie. – „Pomóż mi. Działajmy razem. Jakoś przez to przejdziemy.”
„Nie!” – Roman odepchnął Marię. – „Nie chcę takiego życia! Chcę odnieść sukces! Te dzieci to balast! To przekleństwo mojego życia!”
Roman zabrał spod poduszki Marii jej ostatnie oszczędności – pieniądze przeznaczone na mleko.
„Romanie! Te pieniądze są dla dzieci!”
„To moja zapłata za nieszczęście, które mi zgotowałaś!”
Roman odszedł.
Wsiedli do autobusu jadącego do Warszawy. Nigdy nie obejrzał się na płacz żony i pięciorga dzieci. Myślał tylko o sobie.
WZNOSZENIE SIĘ SAMODZIELNIE
Życie Marii stało się żywym piekłem.
Aby utrzymać przy życiu swoją piątkę dzieci – Jacka, Macieja, Annę, Zofię i Wojtka – pracowała rano jako praczka, po południu jako handlarka na ulicy, a wieczorem jako zmywaczka w barze.
Sąsiedzi ją wyśmiewali.
„O, idzie kociara. Rodzi bez opamiętania, dlatego mąż ją zostawił”.
Ale Maria nigdy się nie poddała.
Każdego wieczora, przed snem w ich ciasnej izbie, mówiła swoim dzieciom:
„Nie miejcie żalu do ojca. Ale przyrzeknijcie mi jedno… Pewnego dnia udowodnimy, że nie jesteście ciężarem. Że jesteście błogosławieństwem”.
Piątka rodzeństwa wyrosła na bystrych, pracowitych i bogobojnych ludzi. Byli świadkami cierpienia matki, co inspirowało ich do pilnej nauki – nawet w dni, gdy ich jedynym posiłkiem były ziemniaki z solą.
POWRÓT MARNOTRAWNEGO (2025)
Minęło trzydzieści lat.
Roman miał teraz 60 lat. Jego marzenie o sukcesie w Warszawie nigdy nie ziściło się. Wpadł w nałogi, zachorował i skończył jako biedak. Nie miał rodziny – jego kochanka również go opuściła, gdy skończyły mu się pieniądze.
Cierpiał na niewydolność nerek i potrzebował ogromnej sumy na operację.
Pewnego dnia zobaczył nagłówek w gazecie:
„MATKA ROKU: MARIA NOWAK UHONOROWANA W HOTELU GRAND VARSOVIA”.
Oczy Romana rozszerzyły się.
Maria! Jego żona! A na zdjęciu wyglądała na zamożną.
„Oni są teraz bogaci…” – szepnął Roman. – „Mam do tego prawo. Jestem ojcem! Mogę poprosić o pieniądze na operację. Na pewno mnie przyjmą”.
Roman ubrał się tak starannie, jak tylko mógł (mimo że jego ubrania były stare) i udał się do Hotelu Grand Varsovia.
WIELKA GALA
Przy wejściu do hotelu zatrzymał go ochroniarz.
„Proszę pana, zaproszenie?”
„Nie potrzebuję! Jestem mężem kobiety, która urządza to przyjęcie – Marii Nowak! Wpuśćcie mnie!” – krzyczał Roman.
Z powodu zamieszania wyszła elegancka starsza pani przyozdobiona biżuterią. To była Maria.
„Roman?” – zapytała zszokowana Maria.
„Mario!” – Roman podszedł do niej i padł na kolana. – „Wy przebacz! Popełniłem błąd! Wróciłem. Odbudujmy naszą rodzinę. Jestem chory… Potrzebuję twojej pomocy”.
Goście szeptali między sobą.
Więc to jest ten mąż, który ją porzucił?
Maria spojrzała na Romana. W jej sercu nie było gniewu – ale nie było też miłości.
„Romanie” – powiedziała Maria spokojnie – „trzydzieści lat. Ani jednego listu. A teraz, gdy potrzebujesz pieniędzy, wracasz?”
„Nadal jestem ich ojcem!” – kłócił się Roman. – „Gdzie są moje dzieci? Chcę je zobaczyć! Jestem pewien, że mnie zrozumieją!”
Nagle światła zgasły. Reflektor rozświetlił scenę.
„Chcesz zobaczyć swoje dzieci?” – zapytała Maria. – „Oto one”.
PIĘĆ „CIĘŻARÓW”
Jeden po drugim na scenę weszło pięcioro silnych i odnoszących sukcesy mężczyzn i kobiet.
JACEK, w sędziowskiej todze:
„Ja jestem Sędzia Jacek Nowak, najmłodszy sędzia w Sądzie Apelacyjnym”.
MACIEJ, w policyjnym mundurze obszytym medalami:
„Ja jestem Generał Maciej Nowak, Komendant Główny Policji Stołecznej”.
ANNA, w garniturze biznesowym:
„Ja jestem Prezes Anna Nowak, właścicielka Nowak Budownictwo – firmy, która zbudowała ten hotel”.
ZOFIA, w sutannie księżowskiej:
„Ja jestem Siostra Zofia Nowak, zakonnica posługująca w sierocińcach”.
WOJTEK, w lekarskim kitlu:
„Ja jestem Doktor Wojciech Nowak, najsłynniejszy nefrolog w Europie”.
Roman stanął jak sparaliżowany.
Pięcioro dzieci, które niegdyś nazywał „ciężarem” i „przekleństwem”, było teraz filarami społeczeństwa.
Roman wszedł na scenę, drżąc.
„M-Moje dzieci… To ja… wasz ojciec…”
Wojtek – Doktor Wojciech – wystąpił naprzód i przejrzał dokumentację medyczną, którą Roman trzymał w ręce.
„Tato” – powiedział Wojciech – „Widziałem twoje nazwisko na liście pacjentów potrzebujących przeszczepu nerki w moim szpitalu”.
„T-Tak, synu!” – powiedział Roman podekscytowany. – „Jesteś lekarzem! Ratuj mnie! Zoperuj mnie! Jestem twoim ojcem!”
Doktor Wojciech uśmiechnął się gorzko.
„Pamiętasz 1995 rok?” – zapytał. – „Kiedy mama błagała cię, żebyś zostawił pieniądze na nasze mleko – ale ty je zabrałeś i odszedłeś?”
„Ponieważ nie mieliśmy mleka, zachorowałem. Omal nie umarłem z odwodnienia. Mama sprzedała własną krew, żeby zapłacić za moje leczenie”.
Pozostałe rodzeństwo podeszło.
Sędzia Jacek:
„W oczach prawa porzucenie jest przestępstwem. Ale nie wyślemy cię do więzienia. Samo życie ukarało cię już surowiej”.
Prezes Anna:
„Prosisz o pieniądze? Mogłabym dać ci miliony. Ale moje pieniądze są tylko dla tych, którzy we mnie uwierzyli, gdy nie miałam nic”.
Siostra Zofia:
„Wy przebaczam, tato. Będę modlić się za twoją duszę. Ale wybaczenie nie oznacza, że pozwolimy ci znów zakłócać spokój mamy”.
Roman umarł samotnie w przytułku, oglądając w telewizji reportaż o filantropijnej fundacji swojego syna.



