Obietnica, która zaskoczyła wszystkichOjciec, poruszony tą niespodziewaną obietnicą, skinął głową i pozwolił nieznajomemu wejść do domu.5 min czytania.

Dzielić

Bezsenność miała kształt koła.

Aleksander Kowalski od dwóch lat słuchał w ciemności swojej sypialni na Saskiej Kępie tego samego dźwięku: lekkiego zgrzytu obręczy wózka, gdy Ania poruszała się w korytarzu w drodze do łazienki lub gdy Monika ostrożnie ją przemieszczała, by nie dopuścić do zdrętwienia nóg.

Każdej nocy Aleksander wpatrywał się w sufit, licząc „gdyby tylko” tak jak się liczy owce: gdybyśmy tylko poszli wcześniej do szpitala… gdyby to było tylko zwykłe zapalenie… gdyby tylko lekarz nie powiedział „nieodwracalne” z takim spokojem kogoś, kto nie mieszka w tym domu.

Tego wtorkowego ranka zmusił siebie do działania. Nienaganny garnitur, podkrążone oczy zamaskowane kawą, a Ania w swojej żółtej sukience —tej, którą najbardziej lubiła, bo „wygląda jak słońce”— już gotowa na wózku, z krzywym kokiem i przygaszonym wzrokiem.

—Gotowa na kolejnego doktora, księżniczko? —zapytał Aleksander, starając się, by jego głos zabrzmiał pewnie.

Ania spojrzała na niego bez dramatu, bez płaczu, jakby w wieku pięciu lat już poznała słowo „rezygnacja”, choć nikt jej go nie nauczył.

—Jeśli ty chcesz, tatusiu.

To właśnie to złamało go w środku.

Wyszli do samochodu i właśnie gdy Aleksander miał odpalić silnik, zobaczył chłopca stojącego przed bramą. Miał może osiem, może dziewięć lat. Ciemna karnacja znad morza, gęste włosy i bardzo czarne oczy. Miał na sobie wybluzgą czerwoną koszulkę, która była na niego za duża, i znoszone trampki ze sznurówkami związanymi w niezdarne supły.

Chłopiec nie prosił o jałmużnę. Nie odgrywał pantomimy smutku.

Patrzył na wózek inwalidzki, jakby widział coś, co go boli… i co jednocześnie rozumie.

Aleksander pomyślał o wciśnięciu gazu. Cokolwiek, by uniknąć kolejnych „nadziei”, które potem zamieniają się w ruinę. Ale chłopiec podszedł do okna zdecydowanym krokiem.

—Proszę pana… czy ma pan minutkę?

Aleksander opuścił szybę, bardziej z ciekawości niż z cierpliwości.

—Czego chcesz? Śpieszę się.

Chłopiec wskazał stopy Ani, które ledwie wystawały spod sukienki.

—Ja mogę jej umyć stopy… i ona znowu zacznie chodzić.

Śmiech wyrwał się Aleksandrowi, głośny, suchy. To było absurdalne. To było okrutne, przychodzić oferować cuda, gdzie już wydali ponad milion złotych i całą wiarę tego świata.

—Słuchaj, chłopcze… nie wiem, co to za przekręt, ale—

—To nie przekręt, proszę pana —przerwał chłopiec, nie tracąc spokoju.— Moja babcia mnie nauczyła. Nazywała się pani Remediusza. Ona leczyła ludzi tam, koło Augustowa. Ja umiem masaże z ziołami. Jak nie zadziała, to pan mnie przegoni. Ale jak zadziała… —i tu chłopiec spojrzał mu prosto w oczy, nie mrugając— to księżniczka będzie biegać.

Aleksander poczuł po raz pierwszy od miesięcy ukłucie czegoś, co nie było bólem. To była ta niebezpieczna mieszanka nadziei i desperacji, jak wtedy, gdy ma się zamiar postawić na szali jedyne, co się jeszcze ma.

Ania, która milczała, pochyliła się do przodu.

—Tatusiu… a kto to?

Chłopiec się uśmiechnął, a uśmiech zmienił mu twarz. Nagle nie wyglądał już jak dziecko ulicy, ale jak dziecko… po prostu dziecko.

—Hej, księżniczko. Nazywam się Mateusz. Mateusz Nowak.

Aleksander zmarszczył brwi.

—A skąd znasz jej imię?

Mateusz wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

—No… wszyscy wiedzą. Pani ze sklepiku opowiadała, że córka pana Kowalskiego już nie chodzi. Mówiła, że pan chodzi bardzo smutny.

Klatka piersiowa Aleksandra się ścisnęła. Nie chciał, by jego ból stał się plotką, ale ból w Polsce podróżuje szybciej niż Bolt.

Ania uniosła rękę, jakby prosząc o pozwolenie.

—A ty naprawdę mi pomożesz?

Mateusz uklęknął, by znaleźć się na jej wysokości.

—Mogę spróbować. Ale ty też musisz chcieć. Moja babcia mawiała, że nogi są uparte… ale serce jest jeszcze bardziej uparte.

Aleksander przełknął ślinę. Spojrzał na córkę. Spojrzał na chłopca. I podjął decyzję, która nie wydawała się decyzją biznesmena, ale ojca.

—Dobrze. Ale zrobimy to porządnie. W obecności mojej żony. I jak coś mi się nie spodoba, kończymy.

Mateusz zawahał się na sekundę, jakby nie wierząc, że brama ma się przed nim otworzyć.

—Ja jestem biedny, proszę pana… nie chcę przeszkadzać.

—Jeśli naprawdę możesz pomóc mojej córce —powiedział Aleksander i zdziwił się sam sobą, słysząc własną stanowczość— już nigdy nie będziesz przeszkadzać w tym domu.

Brama się otworzyła. Samochód wjechał powoli. Mateusz patrzył na ogród, jak na muzeum: idealny trawnik, lśniący basen, bugenvillee pnące się po białym murze. Obcy świat.

W salonie przywitała ich Monika z magazynem o dekoracji w rękach i złamanym wzrokiem kogoś, kto już w nic nie wierzy.

—Aleksander… co to ma znaczyć?

—Nazywa się Mateusz. Mówi, że może pomóc Ani.

Monika wypuściła z siebie gorzki śmiech, ten śmiech, który znaczy „już mnie nic nie boli, bo wszystko już bolało”.

—Uwierzysz dziecku z ulicy?

Mateusz postąpił krok do przodu z uprzejmością, wyjmując ze swoich shortsów mały, zeszyt o zniszczonej okładce.

—Proszę pani… rozumiem jej nieufność. Ale tutaj mam przepisy mojej babci. Jeśli chce pani spojrzeć.

Monika otworzyła zeszyt. Rysunki roślin, dziwne nazwy, instrukcje o punktach na stopach i kostkach. Było w tym coś… zbyt szczegółowego, by było zmyślone.

—Gdzie jest twoja babcia?

Twarz Mateusza nagle spochmurniała.

—Odeszła trzy miesiące temu. Zachorowała. Zanim odeszła, kazała mi obiecać, że będę dalej pomagał. Powiedziała, że inaczej wiedza umrze razem ze mną.

Monika poczuła ukłucie w sercu. Samotny chłopiec. Chłopiec z zeszytem jako spuścizną.

—Spróbujemy —powiedziała w końcu, biorąc głęboki oddech.— Ale pod warunkami. Tutaj, w pokoju Ani. Ja będę obecna. I przy pierwszym niepokojącym sygnale, prz—Udało się —szepnęnął Mateusz, a jego dłonie, prowadzone pamięcią babci, kontynuowały pracę, niosąc uzdrowienie, które zmieniło nie tylko Anię, ale wszystkich, którzy odważyli się uwierzyć.

Leave a Comment