Najdroższa cena nadzieiPozostawiła za sobą pogrążone w głodzie miasto i ruszyła w nieznane, niosąc w sercu jedynie mgliste wspomnienie dwóch drobnych dłoni, które kiedyś tak mocno trzymała.5 min czytania.

Dzielić

Śnieg, zimny i bezlitosny jak sam los, wirował za zeszkloną szybą, zamieniając miasto w upiorne królestwo ciszy i mrozu. W maleńkim pokoju, gdzie oddech natychmiast zmieniał się w mgliste obłoczki, siedziała kobieta, tuląc do siebie wątłe dziecko.

– Mamo, nie chcę się z tobą rozstawać – cichy, urywany głosik dźwięczał w lodowatym powietrzu jak pęknięty soplek. Oczy dziewczynki, ogromne i błękitne jak niezapominajki w szronie, były pełne łez.

– Jaskółko moja, słoneczko, tak trzeba. Bardzo trzeba. Niedługo, bardzo niedługo będę przy tobie – słowa brzmiały jak zaklęcie, jak modlitwa, którą kobieta powtarzała, próbując przekonać przede wszystkim samą siebie. Gładziła jasne, cienkie jak jedwab włosy córki, a każdy jej palec zdawałnieć z bólu nadchodzącej rozłąki.

– A jak ja bez ciebie, sama?

– Nie jesteś sama, będzie z tobą Szymon. Obiecał przecież.

Przy piecu, próbując ogrzać zesztywniałe dłonie, stał chłopiec z sąsiedztwa. Jego rude czupryna zdawała się chować resztki jakiegoś zgasłego letniego ciepła, a wzrok, dojrzały i poważny jak na jego wiek, był utkwiony w małą przyjaciółkę.

– Weroniko, dałem słowo. Mocne słowo. Będę cię chronił – powiedział stanowczo, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jej ramieniu.

Helenie było nie do zniesienia ciężko, ale rozum, chłodny i jasny, powtarzał jedno: to jedyna nitka do ocalenia, jedyna szansa, by wyrwać dzieci z piekła oblężonego miasta. Głód, przenikający do szpiku kości chłód, ledwie tlejące „kozy” i puste oczy tych, którzy już się poddali. Szymon stracił matkę poprzedniej zimy – odeszła, próbując dać życie nowemu człowiekowi, i oboje pozostali na zawsze w lodowatym mieszkaniu. Pomoc nie zdążyła, spóźniła się, zaginęła w śnieżnych zawiejach skazanego miasta.

Błagała majstra w zakładzie, by pozwolił jej wyjechać z dziećmi, ale w odpowiedzi słyszała tylko surowe, nieznoszące sprzeciwu:
– Jeśli wszyscy, którzy mają dzieci, się ewakuują, kto zostanie przy maszynach? Myślisz, że mnie tu słodko? Ale jest rozkaz. Żelazny rozkaz. Złamać go – to jak podpisać na siebie wyrok.

– Proszę pana… Ocalcie chociaż moje dziecko! Znajdę ją potem, kiedy ten koszmar się skończy. Jakkolwiek bym się bała, muszę myśleć o jej życiu. I Szymona… On zupełnie sam na świecie, chłopak z naszego podwórka.

Tak Weronika i Aleksander znaleźli się w kolumnie innych zagubionych małych cieni, które prowadzono po kruchym lodzie jeziora – tej drodze życia i nadziei, tak wąskiej nad czarną otchłanią.

Dwa następne lata Helena egzystowała na samej granicy, tam, gdzie ciało odmawia posłuszeństwa, ale duch, popychany jedynym celem, każe robić krok za krokiem. Jej celem było połączenie. Każdego ranka budziła się z myślą: „Dziś może nadejść wiadomość. Dziś wszystko może się skończyć”. Ale dni ciągnęły się w nieskończony, monotonny łańcuch. Ludzie, niczym cienie, padali na ulicach i nie podnosili się więcej. Jej własna matka stała się jedną z tych cieni, cicho gasnąc w zmarzniętym pokoju. Im, robotnikom zakładu zbrojeniowego, nie pozwalano nawet myśleć o wyjeździe.

Na początku lutego 1944 roku, gdy pierścień oblężenia został wreszcie przerwany, chuda, niemal przezroczysta kobieta podeszła do majstra. Jej głos był cichy, ale brzmiała w nim stal, zahartowana w tyglu cierpienia.
– Oblężenie skończone. Muszę znaleźć moją córkę i Szymona. Niech pan mnie zwolni.

– Wiesz, gdzie ich teraz szukać? Kraj jest ogromny.

– Dowiedziałam się, że ich transport skierowano do województwa kieleckiego. Będę szukać po domach dziecka. To może potrwać.

– Jak ty sama pojedziesz? Wojna jeszcze się nie skończyła.

– Myśli pan, że po wszystkim, co przeszłam, mogę się jeszcze czegoś bać?

Stanisław Piotrowicz, majster, mężczyzna o zmęczonej twarzy i siwych wąsach, ciężko westchnął.
– Myślisz, że to takie proste – wziąć i cię zwolnić? Chcesz, żebym zdjął ci osłonę?

– A gdyby uznać mnie za… zaginioną? Wtedy nie będzie pytań. Oto Prakseda Szymonówna – trzy miesiące jak kamień w wodę, a potem wróciła. Wtedy odratował ją stary aptekarz, odpoił wrzątkiem, schował u siebie. Tysiące nas tak przeżywało, jak się dało.

– Nie, na to się nie zgodzę. Mogę cię osłaniać przez dwa miesiące. Ale na początku kwietnia – żebyś tu była i wróciła do pracy. Inaczej… sam rozumiesz.

– Dziękuję panu – szepnęła Helena i, ledwie poruszając osłabionymi nogami, wyszła z zakładu. Śnieg nie był już wrogiem, a po prostu śniegiem. Zaczęły się poszukiwania. Już zbierała informacje, znała nazwę stacji, do której dotarli ewakuowani. Teraz trzeba było jechać.

Kielce powitały ją błotem i gwarem dworca, tak nieprzyzwyczajonym po grobowej ciszy Warszawy. Stała na peronie, zagubiona i zdezorientowana, gdy podeszła do niej starsza kobieta w pikowanej kamizelce i chuście.

– Dziecinko, kogoś szukasz? – zapytała łagodnie, a w jej oczach świeciło się ciche współczucie.

– Tak – wydechła Helena. – Dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Przywieźli ich tu po ewakuacji. Muszę się gdzieś zatrzymać, żeby składać zapytania.

– Chodź do mnie, mieszkam sama. Nie chcę zapłaty. Tylko pomożesz mi w domu, ręce to już nie te, bolą.

– Z przyjemnością! Bardzo dziękuję.

Tak Helena znalazła tymczasowy dom u Teodozji Stanisławównej, której dobroć była taką samą wyspą ocalenia na morzu powojennego chaosu.

Wieczorem tego samego dnia, wróciwszy z urzędu, Helena usiadła przy kuchennym stole, gdzie stał już brzuchaty czajnik i pachniało świeżym żytnim chlebem.

– No to opowiadaj, jak poszło? – zapytała Teodozja Stanisławówna, nalewając herbatę do fajansowych filiżanek.

– Złożyłam zapytania do wszystkich domów dziecka w województwie. Podałam nie tylko imiona, ale i znaki szczególne. Moja Weronika ma na lewymprzedramieniu bliznę w kształcie półksiężyca – kiedyś zraniła się o ostry róg stołu – na pewno została.

Leave a Comment