Została sama na sali sądowej. Wszyscy śmiali się z obrońcy, którego wybrała… aż poznali jego tajemnicę.5 min czytania.

Dzielić

Elżbieta Wójcik stała nieruchomo na środku sali sądowej, z wilgotnym jeszcze mopem w dłoni i zapachem chemikaliów do czyszczenia wsiąkniętym w jej granatowy uniform. Cisza w pomieszczeniu była tak gęsta, że niemal dało się jej dotknąć. Wszystkie oczy – od żądnych sensacji dziennikarzy po niecierpliwego sędziego – były w nią wpatrzone. Jej palce, zgrubiałe po piętnastu latach szorowania marmurowych podłóg, po których stąpali inni w butach za tysiące złotych, zacisnęły się mocno wokół drewnianego trzonka. To była jedyna rzecz, która utrzymywała ją w pionie nad przepaścią.

Przy stole obrony, Anna Kowalska, miliarderka od technologii, której majątek przekraczał czternaście miliardów złotych, podniosła głowę. Jej niebieskie oczy, zazwyczaj bystre i wyzywające, były teraz zmącone przerażeniem i niedowierzaniem. Była sama. Kompletnie sama. Zespół prawników z kancelarii Nowak & Bielecki, tych rekinów, którzy brali sześć tysięcy złotych za godzinę, po prostu się nie pojawił. Porzucili ją na pastwę losu w obliczu pozwalu, który groził zniszczeniem jej życia i dziedzictwa.

— Pani Kowalska — powiedziała sędzia Wiśniewska chwilę wcześniej, z chłodem, który mroził krew w żyłach — jeśli nie ma pani reprezentacji prawnej, będę zmuszona wydać wyrok zaocznie.

Właśnie wtedy czas zdawał się zatrzymywać. Elżbieta, osoba niewidzialna, „mebel”, który opróżniała kosze i ścierała ślady pozostawione przez potężnych, zrobiła krok do przodu. Jej głos, niski i drżący z powodu mieszaniny strachu i determinacji, o której myślała, że dawno umarła, rozdarł ciszę jak grom.

— Ja jej będę bronić.

Nerwowy, szyderczy śmiech przetoczył się po sali. Prokurator Katarzyna Nowak, w swoim nienagannym garniturze i z uśmieszkiem wyższości, parsknęła niedowierzająco. Ale Elżbieta nie cofnęła się. Oparła mopa o ławę, wygładziła pomięty uniform i przeszła środkowym przejściem. Nie szła jak woźna; szła z postawą kogoś, kto w innym życiu władał tym samym scenariuszem.

Anna spojrzała na nią, szukając oznak szaleństwa, ale znalazła tylko spokojną godność i głębokie brązowe oczy, które skrywały historię cierpienia i przetrwania. Nikt w tej sali, ani arogancka prokurator, ani zdesperowana oskarżona, ani nawet sama Elżbieta, nie wiedział, że ten prosty akt odwagi zaraz ujawni jedną z najmroczniejszych i najniebezpieczniejszych korporacyjnych zmów w nowoczesnej historii. To, co wyglądało na zwykły proces o kradzież własności intelektualnej, było tak naprawdę wierzchołkiem góry lodowej maszynerii gotowej zabijać, by chronić swoje interesy.

Elżbieta czuła ciężar spojrzeń na karku. Wiedziała, że przekraczając tę barierkę, nie tylko rzuca wyzwanie sądowi, ale także stawia na sobie i swojej córce cel. Ale patrząc na Annę, zobaczyła ten sam strach, który ona sama czuła piętnaście lat temu, kiedy system ją przeżuł i wypluł. I wiedziała, że nie może milczeć.

Jednak gdy sędzia z sceptycyzmem oglądała jej starą licencję adwokacką, wyjętą z wysłużonego portfela, Elżbiecie przebiegł dreszcz. To nie były tylko nerwy. To było przeczucie. Coś w nieobecności prawników Anny, coś w przeświadczeniu o zwycięstwie prokuratury, śmierdziało zgnilizną. Miała wejść prosto w paszczę lwa, a lew już pokazał kły.

— Pani Wójcik — powiedziała sędzia Wiśniewska, patrząc na wyblakłą kartę, która poświadczała, że Elżbieta była członkiem Izby Adwokackiej w Warszawie przez osiemnaście lat — minęło piętnaście lat, odkąd pani nie praktykuje. Naprawdę uważa pani, że jest kompetentna w tej sprawie?

— Wysoki Sądzie — odparła Elżbieta stanowczym głosem — znam prawo. Znam procedurę. A przede wszystkim wiem, czym jest sprawiedliwość. Ta kobieta zasługuje na obronę, a jeśli jej „światowej klasy” prawnicy nie mają przyzwoitości się pojawić, to zrobi to woźna.

Anna wstała. W tej chwili różnice klasowe, miliardy złotych i status społeczny rozwiały się. Zostali tylko dwie osaczone istoty ludzkie. — Przyjmuję, Wysoki Sądzie — powiedziała, łamiącym się, ale zdecydowanym głosem — Przyjmuję panią Wójcik jako moją pełnomocniczkę.

Sędzia przyznała piętnastominutową przerwę. Piętnaście minut na przygotowanie obrony w najbardziej skomplikowanej sprawie technologicznej dekady.

Gdy usiadły przy stole obrony, oddzielone od reszty niewidzialną barierą szeptów i osądów, Elżbieta przeszła od razu do sedna. — Nie mamy czasu na formalności, pani Kowalska. Pani prawnicy nie po prostu „nie przyszli”. To jest ustawione. Ktoś im zapłacił, żeby przegrali, albo żeby się nie stawili. Potrzebuję prawdy. Nie wersji dla prasy, nie wersji dla akcjonariuszy. Prawdy.

Anna, która ostatnie trzy miesiące spędziła otoczona doradcami mówiącymi jej tylko to, co chciała usłyszeć, została obnażona przez brutalną szczerość tej kobiety. Opowiedziała jej o swojej technologii: procesorze kwantowym działającym w temperaturze pokojowej. To nie była tylko poprawa informatyczna; to była rewolucja energetyczna zdolna zmienić świat. I opowiedziała o Nexus Innovations, firmie-zjawie, która oskarżała ją o kradzież.

Proces wznowiono. Prokurator Nowak przechadzała się po sali, jakby już była właścicielką wyroku, przedstawiając swojego gwiazdowskiego świadka, doktora Leona Brzozę, naukowca, który przysięgał, że to on napisał oryginalny kod, który rzekomo ukradła Anna.

Elżbieta wstała do przesłuchania krzyżowego. Nie miała garnituru od Armaniego, tylko swój uniform służbowy. Nie miała zespołu asystentów podających jej notatki. Miała tylko swój instynkt, wyostrzony latami cichej obserwacji z cienia. — Doktorze Brzoza — zaczęła Elżbieta łagodnie — twierdzi pan, że opracował pan kluczowe algorytmy między styczniem a marcem 2021, prawda? — Zgadza się — odparł świadek z arogancją. Elżbieta wyjęła pognieciony papier ze sterty dokumentów, które Anna jej dała. — Ciekawe. Bo tutaj mam pana rejestr zatrudnienia w Nexus. Wskazuje, że data przyjęcia pana do— …była 21 kwietnia 2021 roku, a więc już po domniemanej kradzieży.

Leave a Comment