Srebrny Maybach wydawał się obcym satelitą dryfującym przez umierający układ gwiezdny, gdy wpełzał w labiryntowe trzewia Bródna. Stanisław Nowak, mąż, którego obecność zwykle rozkazywała w szklanych salach konferencyjnych Służewca, poczuł kroplę potu spływającą po karku. Powietrze tutaj było inne — gęste od zapachu pieczonej kukurydzy, spalin i ciężkiego, wilgotnego brzemienia miliona żyć stłoczonych w upale.
Po raz trzeci sprawdził pomiętą teczkę osobową na skórzanej kanapie pasażera. Jadwiga Kozłowska. Ulica Cudów, nr 42.
Nazwa ulicy brzmiała jak okrutny żart. Nie było tu cudów, tylko nieustanne, rytmiczne tarcie biedy o kamień miasta. Spojrzał na swoje własne dłonie, wypielęgnowane i miękkie, zaciskające się na kierownicy. Od piętnastu lat te dłonie wręczały Jadwidze cotygodniową kopertę. Przez piętnaście lat Jadwiga była duchem, który wymazywał jego bałagan, cichym cieniem, który zapewniał, że jego koszule pachną lawendą, a espresso podawane jest dokładnie w 74°C. Znał dokładny sposób, w jaki przechylała głowę, polerując srebra, ale zdał sobie sprawę, z nagłym, mdławym ukłuczem wstydu, że nie zna koloru jej drzwi.
W końcu je znalazł: drewniana płyta wzmocniona zardzewiałymi żelaznymi prętami, osadzona w fasadzie z gołych pustaków i blaknącej turkusowej farby. Po boku ściany piął się pojedynczy winobluszcz, buntowniczy i krwistoczerwony.
Stanisław zgasił silnik. Zapanowała ogłuszająca cisza, przerywana jedynie odległym świstem gwizdka i rytmicznym klap-klap someone ugniatającego placek nearby. Wysiadł z klimatyzowanego sanktuarium swojego samochodu i uderzyło go gorąco jak fizyczny cios. Czul się odsłonięty. Jego włoski garnitur był jak neon krzyczący ‘obcy’.
Podszedł do drzwi. Jego dłoń zawisła nad drewnem. Po co ja tutaj jestem? – zapytał siebie. Mógł przecież posłać asystenta, Marka. Mógł wysłać prywatny ambulans, gdy zemdlała w ogrodzie różanym trzy dni temu. Ale wyraz jej oczu, gdy odzyskiwała przytomność – wyraz czystego, poszarpanej terroru nie o własne życie, ale jakby zostawiła włączoną kuchenkę w domu z papieru – nawiedzał jego sen.
Zapukał.
Dźwięk był głuchy. Czekał, serce waliło mu o żebra. Po długiej minucie usłyszał szuranie butów, metaliczne zgrzyt odsuwanego rygla.
Drzwi zaskrzypiały otwierane. Stała w nich Jadwiga. Nie miała na sobie swojej chrupkiej, granatowej uniformowej sukienki. Miała na sobie wyblakły fartuch, jej siwiejące włosy były ściągnięte do tyłu postrzępioną wstążką. Gdy go zobaczyła, krew tak natychmiast odpłynęła jej z twarzy, że pomyślał, iż znowu zemdleje.
– Panie Nowak? – jej głos był cieniem samego siebie. – Czy… czy dom się pali? Czy zapomniałam o alarmie?
– Nie, Jadwigo – powiedział Stanisław, jego głos brzmiał nienaturalnie głośno w wąskiej uliczce. – Przyszedłem… chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku. Opuściła pani nas tak nagle po tym omdleniu.
Dłonie Jadwigi zaczęły drżeć. Chwyciła krawędź drzwi, jej kostki przybrały kolor kości. – Wszystko w porządku, prosz pana. To tylko upał. Lekarze mówią, że to nic. Proszę, pana tu nie powinno być. Ta dzielnica… to nie miejsce dla takiego pana jak pan.
– Nie obchodzi mnie dzielnica – Stanisław przystąpił bliżej, ze zmarszczonym czołem. – Pracuje pani dla mojej rodziny od czasów, gdy żył mój ojciec. Pani drży, Jadwigo. Niech pani pozwoli mi pomóc.
– Nie! – Ruszyła, by zamknąć drzwi, z nagłą, gorączkową siłą w ramionach. – Proszę, panie Nowak. Niech pan wraca na Saską Kępę. Będę tam jutro o szóstej. Obiecuję.
Ale wiatr, a może przeznaczenie, poruszył firankę w środku. Z mrocznego cienia małego, ciasnego przedpokoju dobiegł dźwięk. Nie był to kaszel ani płacz. To było niskie, melodyjne nucenie – kołysanka śpiewana głosem, który brzmiał jak dźwięk trącego się o siebie potłuczonego szkła.
Stanisław nie myślał. Pchnął. Nie z przemocą, ale z desperacką, palącą ciekawością, która drzemała w jego duszy od dziesięcioleci. Drzwi ustąpiły.
Wnętrze domu pachniało eukaliptusem i wybielaczem. Było nieskazitelnie czyste, odbicie dyscypliny, którą Jadwiga wnosiła do jego rezydencji, ale skala była przytłaczająca. Na środku pokoju stał wysoki fotel, odwrócony w stronę jedynego okna, przez które złote światło Bródna przedzierało się przez brud.
W fotelu siedział mężczyzna.
Wyglądał na prawie siedemdziesiątkę, choć skóra była tak napięta na jego czaszce, że wyglądał staro. Jego oczy były szeroko otwarte, mleczne od zaćmy, wpatrzone w punkt trzy cale przed nosem. Jego dłonie były pokręcone, spoczywały na zniszczonym kocu. Ale to jego twarz zatrzymała serce Stanisława.
Linia żuchwy. Lekki rozłam w brodzie. Specyficzny, łukowaty kształt brwi.
Stanisław poczuł, jak podłoga się przechyla. Wyciągnął rękę, by oprzeć się o zimną, wilgotną ścianę. – Kto to jest? – szepnął, choć już czuł prawdę wibrującą w zębach.
Jadwiga zamilkła. Stała przy drzwiach, ze spuszczoną głową, jej ramiona trzęsły się pod ciężarem sekretu noszonego zbyt długo. – Nazywa się Robert – wyszeptała.
– Robert – powtórzył Stanisław. Imię było spustem. W głębi umysłu wyłoniło się wspomnienie kłótni z 1985 roku – jego ojciec, Patriarcha, walący mahoniową laską w biurko, krzyczący, że jego brat jest martwy dla rodziny, że „zhańbił krew”, uciekając z córką służącej.
– Mój wuj – wydyszał Stanisław. – Ojciec mówił mi, że zginął w wypadku samochodowym w Paryżu. Trzydzieści lat temu.
– Twój ojciec skłamał – powiedziała Jadwiga, jej głos zyskując ostry, gorzki posmak. Podeszła do mężczyzny na fotelu i delikatnie wytarła ślinę spływającSpoglądał na zmiętą kartkę z adresem, na której widniało teraz tylko jedno słowo: “Wybaczenie”, napisane drżącą ręką jego ojca.



