Kiedy lekarze powiedzieli mu, że jego żonie zostało najwyżej trzy dni życia, mężczyzna pochylił się nad szpitalnym łóżkiem i, ukrywając zadowolenie pod lodowatym uśmiechem, wyszeptał:
— Wreszcie wszystko, co twoje, będzie moje.
Nie miał pojęcia, że w sercu jego „uległej” żony dojrzewa już plan: zimny, precyzyjny, obliczony w najdrobniejszym szczególe.
Gdy Zofia otworzyła oczy, świat zdawał się pływać. Ciało bolało jakby było z ołowiu, a w uszach rozbrzmiewał jednostajny szum maszyn. Z korytarza dobiegały stłumione głosy: fachowe, zdystansowane, niemal pozbawione emocji.
— Stan krytyczny… niewydolność wątroby postępuje… maksymalnie trzy dni…
Drugi głos rozpoznała natychmiast. Jej mąż. Aleksander.
Serce ścisnęło się jak w żelaznych imadłach.
Nie drgnęła. Ledwie rozchyliła powieki, pozostając nieruchoma.
Drzwi otworzyły się cicho.
Aleksander wszedł do sali z wielkim bukietem białych lilii, kwiatów, których ona nigdy nie znosiła. Na jego twarzy malował się ten czuły uśmiech, który tak dobrze znali przyjaciele i wspólnicy. Usiadł przy niej, wziął jej dłoń i przesunął palcami po nadgarstku z pozorną czułością, jakby sprawdzał tętno.
Przekonany, że sedativa trzymają ją w całkowitej nieświadomości, pochylił się i mruknął:
— Mieszkanie w Warszawie, konta w Zurychu, większość udziałów w firmie… Wszystko przejdzie na mnie.
W jego głosie nie było smutku ani współczucia. Tylko niecierpliwość i zimna pewność.
Minutę później był już na korytarzu, odgrywając rolę przykładnego męża:
— Proszę, zróbcie wszystko, co w waszej mocy. Ona jest najważniejsza w moim życiu…
Drzwi zamknęły się za nim.
Zofia wzięła wolny oddech. Z powietrzem falą gniewu wypełniła jej pierś. Mimo słabości, umysł stał się jasny, ostry.
Usłyszała ciche kroki.
— Pani… czy mnie pani słyszy? — ostrożnie zapytał młody głos.
W drzwiach pojawiła się szczupła pielęgniarka z ciemnymi włosami spiętymi w kucyk. Na identyfikatorze widniało: „Katarzyna Nowak”.
— Źle się pani czuje? Mogę zawołać lekarza.
Zofia ścisnęła ją za nadgarstek z niespodziewaną siłą. Jej ciało było słabe, ale głos zabrzmiał stanowczo.
— Słuchaj mnie uważnie. Jeżeli zrobisz to, o co poproszę, twoje życie się zmieni. I obiecuję, że już nigdy nie będziesz zależała od tego miejsca.
Katarzyna zastygła.
— Nie rozumiem…
Na ustach Zofii pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech: zimny, zdecydowany.
— On myśli, że nic nie słyszę. Myśli, że już wygra. Ale się myli. Pomóż mi… a zniszczymy jego plan. I nawet nie będzie wiedział, kiedy wszystko wymknie mu się z rąk.
W sali zapadła cisza.
Ale tym razem nie była to cisza końca.
Była to cisza początku.
Zofia nie zamknęła już oczu.
Czekała, aż Katarzyna złapie dwa oddechy, aż młody puls pod jej palcami przestanie skakać jak osaczone zwierzę. Pielęgniarka nie cofnęła ręki. Nie zawołała też lekarza. To wystarczyło.
— Nie patrz tak na mnie — szepnęła Zofia. — Nie proszę cię, byś kogoś zabiła. Proszę, żebyś posłuchała.
Katarzyna przełknęła ślinę.
— Jeżeli ktoś nas usłyszy…
— Nie usłyszy — odparła Zofia. — Aleksander już poszedł. Wróci nocą, kiedy będzie myślał, że jestem już prawie po drugiej stronie. Zawsze robi tak samo.
Pielęgniarka zniżyła głos.
— Co pani chce, żebym zrobiła?
Zofia powoli wypuściła jej nadgarstek. Każdy ruch przychodził z trudem. Ból wciąż był obecny, ale nauczyła się go chować w najdalszy kąt umysłu, jak robi się z meblami, które zawadzają.
— Po pierwsze, musisz coś potwierdzić — powiedziała. — Moją prawdziwą diagnozę. Nie tę, którą jemu mówią.
Katarzyna zawahała się. Spojrzała na korytarz. Znów na nią.
— Nie powinnam…
— Katarzyno — przerwała Zofia. — Ile razy widziałaś kogoś „terminalnego”, kto poczuł się lepiej, gdy przestał grać według cudzego scenariusza?
Cisza była wystarczającą odpowiedzią.
— To nie są trzy dni — przyznała w końcu pielęgniarka. — To tygodnie. Może miesiące, jeśli leczenie zadziała. Problem w tym… — zniżyła głos — …że jej mąż podpisał rozszerzoną decyzję o niepodejmowaniu reanimacji. I stopniowe wycofywanie wsparcia w przypadku komplikacji.
Zofia zamknęła na sekundę oczy. Nie z zaskoczenia. Dla potwierdzenia.
— Więc zmienimy ten papier — oznajmiła. — Papier i czas.
Katarzyna pokręciła przestraszenie głową.
— To nielegalne.
— Nielegalne jest to, że on podpisuje za mnie, gdy ja udaję nieprzytomną — odparła Zofia. — Nielegalne jest to, że słyszę, jak rozdaje moje rzeczy, wierząc, że już nie żyję.
Katarzyna zacisnęła usta.
— Co pani chce, żebym zrobiła?
Zofia mówiła powoli, ważąc każde słowo.
— Po pierwsze: nikt nie zmienia nic w mojej medicacji bez twojego podwójnego podpisu i podpisu dyżurnego hepatologa. Po drugie: będziesz dokumentować wszystko. Każdą wizytę mojego męża. Każdą uwagę. Każdy dokument, który przyniesie. Po trzecie: potrzebuję czasu. A żeby to osiągnąć, on musi wierzyć, że wszystko toczy się po jego myśli.
— A co ja zyskam? — spytała Katarzyna, niemal nieświadomie.
Zofia spojrzała na nią ze spokojem, który nie miał w sobie nic z życzliwości.
— Uciekniesz stąd. Kontrakt na zewnątrz. Opłacone studia. Albo wystarczająco dużo pieniędzy, byś już nigdy nie drżała, gdy lekarz podnosi głos. Wybieraj.
Pielęgniarka zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, coś się zmieniło.
— Dobrze — powiedziała. — Ale jeśli to się posypie…
— Nie posypie się — odparła Zofia. — Bo Aleksander nie umie przegrywać. A tacy ludzie zawsze zostawiają ślady.
Tej nocy Aleksander wrócił ze swoją twarzą przedwczesnego wdowca. Pocałował Zofię w czoło. Szepnął jej do ucha o planach, o sile, o wiecznej miłości. Ona nie zareagowała. Pozwoliła, by sedativa porwały ją dokładnie na tyle, by on uwierJednak nawet w tej nowej ciszy, czuła, jak prawda ocalona staje się najtrwalszym spadkiem.



