Syn losa spogląda na chłopca w basenie i widzi własne znamię…3 min czytania.

Dzielić

Milionarz spogląda na Syna Swojej Sprzątaczki w BASENIE i Widzi Własne Znamię…

Znamię w kształcie półksiężyca na szyi chłopca ukazało się, gdy ten odwrócił głowę, a Gustaw poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
Na tarasie pałacu w Konstancinie basen lśnił jak wystawa sklepowa. Głośny śmiech, kieliszki wzniesione w toast, zbyt głośna muzyka. A w środku tego teatru weszła Kinga ze swoim synem, Kubą, trzymającym ją mocno za rękę.

„Patrzcie, pomoc domowa przyprowadziła towarzystwo!”, krzyknęła kobieta w czerwonej sukience.
Druga dodała: „Co za odwaga, przyprowadzać *to* na przyjęcie”.
Kuba spojrzał na wodę i na skaczące dzieci. Zrobił krok do przodu, a krąg ludzi zamknął się jak mur.

Kinga próbowała się uśmiechnąć, ale gardło jej się ścisnęło. „Mówili, że to spotkanie rodzinne…”
Helena, pani domu, podeszła pachnąca i chłodna. „Rodzina nie obejmuje tych, którzy podają obiad, Kinga”.
Śmiechy napłynęły falą. Ktoś nagrywał. Ktoś klaskał. Jakiś mężczyzna wskazał na zniszczone klapki chłopca. Nastolatka przedrzeźniała jego sposób chodzenia. Kuba powstrzymywał płacz, aż nie mógł już dłużej, a jedna łza spłynęła, szybko, jakby proszenie o pomoc było zabronione.

Gustaw obserwował z kąta, w ciemnym garniturze, z rękami w kieszeniach. Nikt tam nie pamiętał, że to on jest prawdziwym właścicielem tego pałacu. Nikt nie wiedział, że przyjeżdża tylko tego jednego dnia w roku, z powodu Zofii, jego żony, pochowanej dwadzieścia lat temu w Sopocie. Niósł jej zdjęcie w wewnętrznej kieszeni, przy sercu, i nosił prostą obrączkę, bo mawiała, że wartość nie musi błyszczeć.

„Wynoś się, zanim wezwę ochronę”, rozkazała Helena, wystarczająco głośno, by upokorzyć.
Kinga pociągnęła Kubę. „Chodź, kochanie”.
„Ja tylko chciałem zmoczyć stopę…”, szepnął.
A ludzie znów się śmiali, jakby smutek był żartem.

Na zewnątrz, na chodniku, Kinga czekała na autobus, tuląc syna. Gustaw podążył za nimi, z sercem bijącym niemiarowo. Kuba odwrócił twarz, by osuszyć łzy… i półksiężyc ukazał się, idealny, w tym samym miejscu, gdzie Gustaw miał swój. W tym samym miejscu, gdzie miał go jego ojciec. Znamię, które przechodziło przez pokolenia.

„Kingo…”, zawołał, cichym głosem.
Złapała się w sobie. „Panie Gustawie? Co się stało?”
Ukucnął przed chłopcem. „Kuba, czy mogę spojrzeć na twoją szyję?”
Chłopiec pokazał, nieufny. Gustaw dotknął własnej szyi, blady. „Urodziłeś się z tym?”
„Urodziłem… mama mówiła, że to tylko plama”.

Gustaw podniósł się powoli i spojrzał na Kingę. „Próbowałaś powiedzieć?”
Kinga załamała się. „Próbowałam. Helena groziła mi. Powiedziała, że stracę pracę… że nikt mi nie uwierzy”.
Gniew Gustawa był czysty, bez krzyku. „Więc wybrała uwięzienie cię w milczeniu”.

Wziął Kubę na ręce. „Nie będziesz już więcej traktowany jak niewidzialny”.
Wrócili na przyjęcie. Ogród oniemiał, gdy Gustaw przeszedł przez trawnik.

„Przedstawiam wam mojego syna”, powiedział stanowczo. „I od dzisiaj ten dom się zmienia”.
Helenie zabrakło tchu. Śmiechy umarły. Gustaw na chwilę uniósł zdjęcie Zofii. „Ona stanęłaby w obronie tego dziecka. Ja też”.

Tej samej nocy ogłosił: pałac stanie się instytutem dla dzieci z miasta. Ci, którzy upokarzali, nie postawią tu już nogi. Kuba, wciąż drżący, spojrzał na basen.
„Teraz mogę?”
Gustaw uśmiechnął się, wreszcie pełny. „Możesz. I nikt już cię nigdzie nie wyrzuci”.

Leave a Comment