Pani w worku, a serce górala bije mocniejNie spodziewał się, że pod płóciennym przykryciem ukryta jest kobieta o spojrzeniu tak potężnym jak górski wiatr.5 min czytania.

Dzielić

Przyczółek handlowy nad Górną Wierchą tętnił tego popołudnia głośniejszym niż zwykle życiem. Mężczyźni tłoczyli się na drewnianym ganku, buty twardo uderzały o deski, a głosy były zachrypnięte od wódki i kurzu. Wozy skrzypiały. Konie parskały. Gdzieś w środku ktoś śmiał się zbyt głośno.

Jan Mrozik stał z dala od zgiełku, oparty o poręcz, ze skrzyżowanymi ramionami. W tym roku schodził z gór tylko dwa razy. Ten wysoki, barczysty drwal wyglądał obco wśród kupców i poszukiwaczy złota. Jego płaszcz był zrobiony z jeleniej skóry. Broda była gęsta po zimie spędzonej samotnie w wysokich hali.

Jan lubił to tak.
Góry nie kłamią.
Nie oszukują.

Ludzie tak.

Ale dziś przybył po coś niezwykłego.
Po żonę.
A przynajmniej… taki był pierwotny zamiar.

Pół roku wcześniej jeden z handlarzy przemierzających jego dolinę rzucił takie słowa.
„W górach nie miejsce dla samotnego mężczyzny po wieczność” – powiedział handlarz. „Na Wschodzie mnóstwo kobiet szuka mężów. Narzeczone pocztowe.”

Jan najpierw się zaśmiał.
Ale zimowe noce były długie.
I ciche.

Więc napisał list.
Teraz stał przed przyczółkiem, gdzie dotarło kilka narzeczonych pocztowych dla mężczyzn z całego regionu.
Ale działo się coś dziwnego.
Wewnątrz budynku narastały gniewne głosy.
„Zabierzcie ją stąd!” – ktoś wrzasnął.
„Zapłaciłem dobre pieniądze, nie na to!”
Inny mężczyzna głośno zaklął.

Jan zmarszczył brwi i podszedł bliżej do drzwi.
Wewnątrz mała grupka mężczyzn otaczała młodą kobietę stojącą na środku.
A właściwie… młodą kobietę z workiem zgrzebnym zawiązanym na głowie.
Dłonie kobiety były luźno związane z przodu.
Stała zupełnie nieruchomo.
Jakby nauczyła się już nie walczyć.

Chudy mężczyzna w ozdobnej kamizelce wymachiwał plikiem papierów.
„To ostatnia” – oznajmił. „Jeśli nikt jej nie weźmie, odślę ją na Wschód.”
Jeden z osadników splunął na podłogę.
„Dlaczego jej głowa jest przykryta?”
Agent odchrząknął niezręcznie.
„Jej poprzedni narzeczony… odstąpił od umowy.”
„Dlaczego?” – spytał ktoś.
Agent zawahał się.
„Powody osobiste.”
Po pomieszczeniu przetoczył się śmiech.
„Znaczy, że jest brzydka” – rzucił inny mężczyzna bez ogródek.
Śmiech wzmógł się ponownie.

Szczęka Jana się zaciśnęła.
Kobieta nie drgnęła.
Nie odezwała się.
Ale coś w sposobie, w jaki stała – mała, cicha, czekająca aż obcy ludzie zadecydują o jej losie – sprawiło, że coś ścisnęło go w piersi.
„Ile?” – spytał nagle.

W pomieszczeniu zrobiło się cicho.
Agent odwrócił się w jego stronę.
„Pan jest zainteresowany?”
Jan wzruszył ramionami.
„Może.”
Agent zniżył głos.
„Dwadzieścia dolarów.”
Kilku mężczyzn prychnęło.
„Za dużo za worek tajemnic!” – zażartował ktoś.
Jan sięgnął do płaszcza i wyciągnął złotówki.
Zagrzmiały ciężko na stole.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
„Cóż” – powiedział agent szybko, zgarniając pieniądze – „gratuluję, panie…?”
„Mrozik.”
„Gratuluję, panie Mrozik. Jest twoja.”

Słowa zawisły w powietrzu nieprzyjemnie.
Jan podszedł do kobiety.
Z bliska wyglądała na jeszcze mniejszą niż sądził.
Jej suknia była z prostej, szarej wełny. Buty były mocno znoszone.
Zgrzebny worek przykrywał całą jej głowę, luźno zawiązany pod szyją.
„Chodź” – powiedział Jan cicho.
Nie poruszyła się.
„Idziesz?” – spytał.
Z spod worka dobiegł cichy głos.
„Tak… proszę pana.”
Słowa brzmiały jak wyuczone.
Posłusznie.
To go zaniepokoiło.
Rozwiązał linę krępującą jej nadgarstki.
„Możesz iść sama.”

Skinęła głową.
Powoli, ta dziwna para wyszła na zewnątrz, pod popołudniowe słońce.
Ruszyli na północ, w kierunku gór.
Jan siedział na swoim koniu, podczas gdy kobieta jechała na łagodnej mule za nim.
Worek wciąż przykrywał jej głowę.
Jan zauważył, że kilka osób gapiło się na nich, gdy opuszczali miasto.
Nie mógł ich winić.
Góral prowadzący kobietę z workiem na głowie wyglądał dziwnie nawet jak na tamtejsze warunki.

Po kilku kilometrach Jan wreszcie zatrzymał się przy strumieniu.
Zsiadł z konia i zwrócił się do niej.
„Możesz to zdjąć” – powiedział.
Zamarła.
„Ja… nie mogę.”
„Dlaczego nie?”
Jej głos lekko zadrżał.
„Mówili… że pan musi najpierw zadecydować.”
Jan zmarszczył brwi.
„O czym?”
„Czy chce mnie pan odesłać z powrotem.”

W lesie zapadła cisza.
Wiatr szeleścił wśród sosen.
Jan podszedł bliżej.
„Pani” – powiedział łagodnie – „ja już zapłaciłem.”
„Nie o to chodzi.”
Jej dłonie drżały.
„Mówili… że większość mężczyzn zmienia zdanie, gdy zobaczy.”
Jan westchnął.
„Zdejmij to.”

Powolnym ruchem sięgnęła do góry i rozwiązała sznur trzymający worek.
Przez chwilę nie ruszała się.
Potem zgrzebny worek opadł.
Jan wstrzymał oddech.
Nie dlatego, że była brzydka.
Bo lewa strona jej twarzy była poryta bliznami.
Stare ślady po oparzeniach ciągnęły się od skroni do szczęki, marszcząc skórę w blade pręgi.
Ale jej prawa strona była uderzająco piękna.
Czyste błękitne oko. Miękkie rysy.
Obserwowała jego reakcję uważnie.
Czekając.
Szykując się na najgorsze.
„Widzi pan?” – szepnęła.

Jan popatrzył przez chwilę dłużej.
Potem zrobił coś nieoczekiwanego.
Wzruszył ramionami.
„I to wszystko?”
Na jej twarzy pojawiło się zdumienie.
„Pan się… nie gniewa?”
„Dlaczego miałbym się gniewać?”
„Większość mężczyzn się gniewa.”
Jan podrapał się po brodzie.
„Cóż, większość mężczyzn w tym pokoju wyglądała na głupców.”
Mrugnęła.
„Nazywam się Zosia” – powiedziała cicho.
„Jan.”
Stali przez moment niezręcznie.
W końcu Jan wskazał w kierunku gór.
„Moja chata jest jakieś dwie godzinyA potem, po raz pierwszy od wielu lat, Jan Mrozik zrozumiał, że ciszę górskiego życia, którą zawsze tak kochał, jeszcze lepiej było dzielić z kimś o wschodzie słońca.

Leave a Comment