Podróż, która zmieniła wszystkoJej dotyk obudził w nim wspomnienie z dzieciństwa, o którym zapomniał.5 min czytania.

Dzielić

Wieczór rozpostarł się nad Zielonogórzem wilgotną, przemokniętą płachtą, jaką spotyka się tylko w połowie listopada, gdy jesień już ustępuje, a zima jeszcze nie śmie przejąć panowania. Mżawka nie ustawała od samego rana, wisiała w powietrzu najdrobniejszym pyłem wodnym, osadzała się na kołnierzach płaszczy, wnikała pod ubranie, czyniąc twarze przechodniów bladymi i zagubionymi. Światła szyldów rozmywały się we mgle w żółte i czerwone plamy, a dźwięki miasta tonęły w tej wilgotnej ciszy, stając się stłumione i odległe. Maksymilian Szymański szybko kroczył ulicą Robotniczą, nisko nasuwając kaptur starej, błękitnej parki. Niemal biegł, lawirując między nielicznymi przechodniami, a pod pachą ściskał wyświeconą torbę z prowiantem i koszulką na zmianę. Nocka w narzędziowni Zielonogórskich Zakładów Mechanicznych zaczynała się równo o północy, a mała wskazówka na jego naręcznych zegarkach nieubłaganie zbliżała się do dwunastej, a minutowa właśnie minęła pięćdziesiąt.

Maksymilian zawsze żył według ścisłego, niczym rysunek techniczny, rozkładu. Każdego ranka – pobudka o siódmej, poranna gimnastyka, skromne śniadanie. Każdego wieczoru – droga pod bramę zakładu, zmiana, obrabiarka numeryczna, której miarowy szum zastępował mu muzykę. Pracował w fabryce prawie dziewięć lat, od kiedy wrócił z wojska. Najpierw jako uczeń, potem operator, a teraz już jako brygadzista dla młodszych. Jego życie przypominało idealnie dopasowany mechanizm: praca, rzadkie wizyty u matki w sąsiedniej dzielnicy, na Zatorzach, drobne naprawy w jej mieszkaniu, ciche wieczory przy starym telewizorze. Wszelka odmiana z tego schematu zniknęła cztery lata temu, gdy odeszła jego młodsza siostra. Paulina spłonęła w oczach, trawiona gorączką w ciągu dwóch tygodni. Miała trzynaście lat. Od tamtej pory coś w środku Maksymiliana zamarzło, jakaś ważna część duszy pokryła się szronem i przestała działać. Nie pozwalał sobie o tym myśleć, zaganiając wspomnienia w najgłębsze lochy świadomości.

W słuchawkach szeleściła miejska kronika: awarie sieci ciepłowniczej na Osiedlu Podmiejskim, spadek temperatury do minus trzech, korki na wiadukcie. Maksymilian słuchał tego jednym uchem, myślami będąc przy nadchodzącym rozruchu nowego modułu frezarskiego. Zszedł do podziemnego przejścia przy dworcu autobusowym, gdzie ostro pachniało olejem maszynowym od stoisk z naprawą obuwia i kwaszoną kapustą z pobliskiego baru. W tej mieszaninie zapachów było coś chronicznie zmęczonego, tak jak i w nim samym. Machinalnie poprawił pasek plecaka i skierował się w stronę bramek głównego wejścia do metra.

Tutaj, pod sklepieniem stacji „Bohaterów”, było względnie pusto. Głośny stukot schodów ruchomych, rzadkie kroki, witraż na dalszej ścianie przedstawiający jakieś abstrakcyjne tryby. Maksymilian spojrzał na zegarek: za cztery minuty północ. Przyłożył kartę miejską do czytnika, już przewidując, że zdąży na nadjeżdżający pociąg, gdy kątem oka dostrzegł jakieś zamieszanie przy kasach. Tam, za szklaną ścianką, dyżurna stacji – korpulentna kobieta w mundurze – głośno prawiła komuś, kogo prawie nie było widać za dekoracyjną kolumną.

— Nie mam czasu z tobą się bawić! — warknęła dyżurna. — Choćby i matka sto razy umierała. Nie wolno, mówię. Wynoś się, skąd przyszłaś.

Maksymilian mimowolnie zwolnił. Zza kolumny wyłoniła się drobna sylwetka. Była to dziewczynka lat może jedenastu, dwunastu, ubrana w za duże, mysie, drapowe palto. Jej głowę owijał wyblakły, cieńki, wełniany szal, spod którego wymykały się rzadkie, jasne kosmyki włosów. Ale najbardziej rzucało się w oczy to, że jedną ręką tuliła do piersi starą, zniszczoną porcelanową lalkę. Lalce brakowało jednej nogi – zamiast niej z korpusu wystawał drucik owinięty sztywną nicią. Twarz dziewczynki była blada, o wystających kościach policzkowych, a oczy – nieproporcjonalnie wielkie, szare, mokre od niewylanych łez.

— Proszę pani — głos dziewczynki był chrapliwy, niemal szeptem, z ledwie wyczuwalnym, obcym zaśpiewem. — Ja tylko przejechać. Mama umiera. Bardzo mi trzeba. Pieniędzy nie mam wcale, szłam pieszo spod Osiedla Wschodniego.

— Opowiadasz mi bajeczki — odparła dyżurna, machnąwszy ręką. — Wszystkie wasze «mama umiera». Żebyś mi tu za pięć minut nie była, bo zawołam ochronę.

Dziewczynka zachwiała się, jakby od ciosu. Niezdarnie przestępowała z nogi na nogę i Maksymilian zobaczył, że ma na sobie lekkie, płócienne adidasy, przemoknięte na wylot w jesiennym błocie. Rzadcy przechodnie sunęli obok jak obojętne cienie. Jakiś student w słuchawkach nawet głowy nie odwrócił. Para z wielkimi torbami z supermarketu spojrzała z lekkim obrzydzeniem i przyspieszyła kroku. Nikomu to nie było do niczego potrzebne.

Maksymilian stał i patrzył. Zrobiło mu się nagle nie do zniesienia zimno, choć był ciepło ubrany. Przypomniał sobie inny czas, inny szpital, inną dziewczynkę. Paulina leżała na szpitalnym łóżku, nakryta cienką kołdrą, i prosiła o wodę. A on wtedy spieszył się na wieczorne kursy dokształcające i powiedział: „Przyjdę jutro, Pola”. I nie przyszedł następnego dnia. Odeszła nocą, bez niego. Ta wina tkwiła w nim jak drzazga, o której zabronił sobie pamiętać.

Sam nie zauważył, jak nogi poniosły go do kasy.

— Proszę pani — powiedział cicho, ale stanowczo, zwracając się do dyżurnej. — Ja jej opłacę przejazd. Ile tam, trzy złote osiemdziesiąt?

Dyżurna zdziwiona uniosła brwi. Objęła go oceniającym spojrzeniem: proste ubranie, robocza torba, zmęczona twarz.

— Po co ci to, chłopcze? — spytała, zaciskając usta. — Ona z tych wywiezionych, po akcencie słychać. Cygański tabor gdzieś pod mostem stoi. Oszukają cię, nawet nie mrugniesz.

— Nie pytałem o radę — odciął się Maksymilian i położył na blacie pognieskurzoną banknotę. — Proszę o bilet.

Leave a Comment