Motocykliści demolują szpital dziecięcy – nikt nie interweniuje5 min czytania.

Dzielić

Motocykliści pojawili się w Szpitalu Dziecięcym im. św. Jadwigi z łomami i młotami, a nikt nie odezwał się ani słowem.

Nie lekarze. Nie ochroniarze. Nie rodzice siedzący w poczekalni, obserwujący, jak trzydziestu jeźdźców w skórzanych kurtkach mija ich z narzędziami, które mogłyby roznieść ten budynek na strzępy.

Pierwszy raz padł na okno na drugim piętrze, na końcu korytarza. Szkło poszło na wszystkie strony.

Siedmioletni chłopiec na wózku inwalidzkim zaczął klaskać.

Nazywam się Rafał. Jeżdżę z Wilczym Tropem z zachodniej Polski. I chcę wam powiedzieć, dlaczego zniszczyliśmy ten szpital. Ponieważ to, co robili tym dzieciom za tymi murami, było czymś, od czego nie mogłem po prostu odejść.

Moja córka Lilka spędziła w tym szpitalu cztery miesiące, kiedy miała dziewięć lat. Białaczka. Pokonała chorobę. Ale wróciła do domu odmieniona. Cicha. Wzdrygająca się przy każdym dźwięku. Nie chciała zasypiać przy zgaszonym świetle.

Zajęło mi dwa lata, żeby dowiedzieć się dlaczego.

Woźny z czwartego piętra przychodził nocą do sal. Lilka nigdy mi nie powiedziała. Powiedziała pielęgniarce. Pielęgniarka powiedziała kierowniczce. Kierowniczka to zataiła.

Kiedy Katarzyna, pielęgniarka pracująca na nocną zmianę, skontaktowała się z naszym klubem wiosną, nie pytała o moją córkę. Pytała o sam budynek. Grzyb pod płytami kartonowo-gipsowymi. Zamurowane okna. Ogrzewanie, które nie działało od grudnia. Dzieci śpiące w salach, w których było ledwie pięć stopni, pod szpitalnymi kocami cienkimi jak bibuła.

Ale kiedy pierwszy raz przeszedłem się po tym szpitalu, udając, że odwiedzam dziecko znajomego, zobaczyłem coś za drzwiami gospodarczymi na czwartym piętrze, przez co potem przez trzydzieści minut siedziałem w swojej furgonetce, zanim zdołałem odjechać.

Ta sama szafa. Ten sam zamek. Ten sam stołek zaczepiony od wewnętrznej strony drzwi, który rozpoznałem z opisu Lilki sprzed sześciu lat.

Ktoś wciąż z tego korzystał.

Z parkingu zadzwoniłem do Mnicha, naszego prezesa. Nie mogłem zapanować nad głosem. Opowiedziałem mu, co widziałem. Opowiedziałem, co Katarzyna mi powiedziała o budynku. Powiedziałem mu, że albo wrócę tam sam, jeszcze tej nocy, albo klub pomoże mi to zrobić jak należy.

Mnich przez jakieś dziesięć sekund milczał. W końcu powiedział: „Zbiórka. Dziś. Dwudziesta”.

Każdy fotel był zajęty. Bracia zjechali się z oddziału z Katowic i z Krakowa. Stawili się goście, którzy nie pojawiali się na spotkaniach od dwóch lat.

Stanąłem z przodu i opowiedziałem im wszystko.

Opowiedziałem im o Lilce. Pierwszy raz w życiu mówiłem o tym głośno przed kimś innym niż moja żona. Dwukrotnie złamał mi się głos i nie powstrzymywałem tego. To byli moi bracia. Zasłużyli na prawdę.

Opowiedziałem im o raportach Katarzyny. Dziewięć raportów. Wszystkie zignorowane. Opowiedziałem o pleśni, którą sfotografowała za ścianami. Czarnej pleśni tak gęstej, że dało się ją zdrapać paznokciem. Opowiedziałem im o systemie grzewczym, który był „w naprawie” od listopada. Dzieci na chemioterapii, bez systemu odpornościowego, siedzące w salach tak zimnych, że widziały własny oddech.

Opowiedziałem im o oknach. Każde okno na drugim i trzecim piętrze zostało zamurowane i zakryte podczas remontu, który rozpoczął się czternaście miesięcy wcześniej. Wykonawca zniknął, kiedy szpital przestał mu płacić. Dyrekcja uszczelniła wszystko folią i płytami pilśniowymi, mówiąc rodzinom, że to „tymczasowe”.

Czternaście miesięcy tymczasowości.

Dzieci, które nie widziały prawdziwego światła dziennego ze swoich sal od ponad roku.

Kiedy skończyłem, Mnich wstał. Rozejrzał się po sali. Powiedział cztery słowa.

„Kiedy ruszamy?”

Przez następny tydzień planowaliśmy. Katarzyna była naszym kontaktem wewnątrz. Dostarczyła nam rzuty pięter. Powiedziała, które okna są zamurowane, które ściany mają pleśń, w których salach są dzieci, żebyśmy nikogo nie wystraszyli.

Nie zamierzaliśmy pytać o pozwolenie. Próbowaliśmy tego. Katarzyna próbowała dziewięć razy i została ukarana za niesubordynację. Lokalna stacja telewizyjna nadała czterdziestosekundowy reportaż i nic się nie wydarzyło. Inspektor sanitarny z powiatu przyjechał, przeszedł się przez hol, podpisał formularz i odjechał, nie zaglądając wyżej niż na pierwsze piętro.

Nikt nie przyjdzie, by ocalić te dzieci. Więc my to zrobimy sami.

Wtorek rano. Dziesiąta. Trzydziestu dwóch członków Wilczego Tropu wjechało w szyku na parking Szpitala św. Jadwigi. Każdy brat w swojej klubowej kurcie. Połowa z nich niosła młoty dwuręczne i łomy. Druga połowa niosła materiały budowlane. Drewno. Tafle szkła. Płyty kartonowo-gipsowe. Izolacja. Fugownica. Piece przemysłowe.

Nie przyszliśmy tylko rozbijać. Przyszliśmy też naprawić.

Katarzyna spotkała nas przy bocznym wejściu. Miała w oczach ten wyraz, który mają ludzie walczący tak długo w pojedynkę, że zapomnieli, jak wygląda wsparcie. Jej ręce się trzęsły, kiedy otwierała nam drzwi.

„Najpierw trzecie piętro”, powiedziała. „Tam są najbardziej chore dzieci”.

Wielki Paweł jednym uderzeniem posłał w pierwszą zamurowaną szybę na drugim piętrze. Płyta pilśniowa rozleciała się. Folia podarła się. I po raz pierwszy od czternastu miesięcy prawdziwe światło słoneczne padło na ten korytarz.

Pył unosił się w smudze światła jak śnieg.

Pielęgniarka przy stanowisku upuściła swój klipboard. Nie podniosła go. Stała i patrzyła, jak trzech kolejnych braci zaczyna zrywać płyty z następnego okna.

Ochroniarz. Nigdy nie zapomnę tego dzieciaka. Może z dwadzieścia dwa lata. Chudzieliec. Wyglądał na przerażonego. Wyszedł zza rogu i zobaczył korytarz pełny motocyklistów z młotami, którzy rozbierali budynek.

Sięgnął po swój radiotelefon.

Katarzyna stanęła przed nim. Powiedziała coś, czego nie słyszałem. Popatrzył na nią. Popatrzył na nas. Popatrzył na światło słoneczne wlewające się przez pierwsze otwarte okno. Odczepił radiotelefon i odI przycisnął do ust swoją komórkę, ale nie zadzwonił po nikogo, tylko patrzył, jak dzieci w sali onkologicznej, jedna po drugiej, odwracają się twarzami do słońca.

Leave a Comment