Wieczna Noc, Obcy Stół i Mój Powrót z Grobu Dźwięk jego głosu, który wciąż rozbrzmiewał w moich najciemniejszych snach, zmroził krew w moich żyłach.5 min czytania.

Dzielić

Zachód słońca nad Zawierami rozlewał się powoli, jakby niechętnie rozstawał się z ziemią. Poszarpane chmury, podświetlone szkarłatem, odbijały się w ciemnej wodzie rzeki Narew, która zdawała się być zalana nie wodą, a gęstą, stygnącą krwią. Na starej, zarośniętej mchem dzwonnicy cmentarza św. Mikołaja, tam na wzgórzu, leniwie i ochryple wybił godzinę dzwon – raz, drugi, trzeci, a jego dźwięk popłynął nad zamilkłą okolicą, nad czarnymi chatami, nad pochylonymi ku ziemi baniakami, nad rozbitym traktem, który wiódł w stronę Łomży. O tej porze każda żywa dusza zwykle ciągnęła już do ognia, ciepła, do pewnego domu. Ale we wsi Zawierie tego wieczoru nikt nie zapalał lamp naftowych i nie siadał do kolacji. Po podwórzach, po zapłociach, po kuchniach szeleściła wieść, nieprawdopodobna jak śnieg latem, i niepokojąca jak dźwięk dzwonu pogrzebowego.

Ścieżką odbitego traktu ku skraju wioski wlókł się mężczyzna. Szedł powoli, ciężko przestawiając nogi, obute w zdarte, sznurkiem podwiązane buty. Żołnierski szynel, wyblakły na biało na ramionach i przepalony w kilku miejscach, wisiał na nim jak na wieszaku. Za plecami kołysał się pusty tornister – nie było w nim nic poza suchą pajdą chleba zawiniętą w czystą koszulę i blaszanym kubkiem z urwanym uchem. Twarz wędrowca, poorana głębokimi, jak jarami, bruzdami, porastała kłującą, siwą, od dawna niestrzyżoną brodą, a głęboko zapadnięte oczy spoglądały zza krzaczastych brwi z jakimś ukrytym, przerażającym ogniem. Te oczy widziały zbyt wiele i już niczego się od świata nie spodziewały. Można było w nich wyczytać to błaganie, to lodowaty spokój, to znów taką śmiertelną, nieuleczalną tęsknotę, że rzadcy przechodnie, ujrzawszy go, spieszyli się, by odwrócić wzrok.

Maksym Różański wracał do domu.

Minęło trzynaście lat od tamtego styczniowego poranka czterdziestego drugiego, gdy jego eszelon, nie dojechawszy do linii frontu, trafił pod bombardowanie pod Różanem i zamienił się w stertę poskręcanego żelaza. Trzynaście lat przepadło w czarnej czeluści zapomnienia – szpitale, niewola, obozy filtracyjne, długie tułaczki po obcych, niegościnnych krainach. Przez te wszystkie lata figurował na listach zaginionych bez wieści, aż w końcu został całkowicie wykreślony z pamięci sąsiadów, jak wykreśla się z księgi domowej zmarłego. Przestał istnieć – dla rodziny, dla państwa i, wydawałoby się, dla samego siebie. Ale wewnątrz, w samym głębi jego półmartwej duszy, przez cały ten czas tliła się maleńka, jak węgielek w popiele, myśl: wrócić. Dojść. Zobaczyć.

I oto teraz stał na skraju wioski, przy starej studni z pochylonym żurawiem, i nie mógł zrobić tych ostatnich kilku kroków. Serce waliło często i nierówno, grożąc rozsadzeniem żeber. W oczach mu mąciło – czy to od zmęczenia i głodu, czy to od wzruszenia. Patrzył tam, gdzie za rzadkim płotkiem, za starą, ogołoconą z liści bzosiną, ciemniał dom. Jego dom. A raczej ten dom, który zbudował własnymi rękami trzy lata przed wojną, jeszcze jako młodzieniec, pełen sił i nadziei.

Chata na pierwszy rzut oka prawie się nie zmieniła. Ten sam wysoki grzbiet dachu, który wyrzeźbił jego ojciec, te same rzeźbione obramowania okien, które on sam strugał przy świetle łuczywa podczas długich zimowych wieczorów. Dopiero przyglądając się uważniej, Maksym zauważył zmiany. Gankowe schody były nowe, kryte deskami, z porządną poręczą. Wrota nie skrzypiały, lecz wisiały równo, na nowych, wciąż błyszczących smarem zawiasach. Z komina unosił się dym, gęsty, aromatyczny – widać palili nie byle czym, ale sosnowym drewnem. Za domem rysowały się zarysy chlewa, którego wcześniej nie było, i słychać było spokojne pochlipywanie bydła.

Gospodarstwo żyło pełnym życiem. Mocnym, sytym, obojętnym na niego życiem.

— Tymoteusz — wyszeptał Maksym zdrętwiałymi wargami, a to imię sparzyło go w gardło mocniej niż samogon. — Synu.

Zrobił krok do przodu. Potem jeszcze jeden. Nogi nie słuchały go, plątały się w gęstym, chlupoczącym błocie. Furtka była uchylona i Maksym, zebrawszy resztki sił, pociągnął ją ku sobie. Zardzewiała zasuwa zaskrzypiała i w tym samym momencie z głębi podwórza, zanosząc się histerycznym szczekaniem, wyleciał duży, kudłaty pies. Maksym zastygł. Pies, warcząc groźnie, podszedł do niego, lecz nagle, jakby potknąwszy się o niewidzialną przeszkodę, zamilkł i cofnął się, nieufnie węsząc powietrze.

Na ganek wybiegła dziewczynka lat dwunastu. Bosa, mimo chłodu, w perkalowej sukience, z rozczochranymi, słomkowymi warkoczykami, zastygła, patrząc na obcego pana, a w jej zdumionych, szeroko rozwartych oczach widać było nie strach, a raczej ciekawość.

— A kogo pan szuka? — zapytała dźwięcznie, po gospodarsku opierając ręce na biodrach.

Maksymowi zaparło dech. Patrzył na tę dziewczynkę i nie mógł wydobyć z siebie słowa. To nie była jego córka. Miał kiedyś córkę, ale nazywała się inaczej i oczy miała inne. Ta patrzyła na niego obcymi, brązowymi, matczynymi oczami i w jej rysach nie było nic z Różańskich.

— Mamo! — krzyknęła dziewczynka, odwracając się w głąb podwórza. — Tutaj jakiś pan stoi, taki straszny! Pies na niego szczekał, a teraz nie szczeka!

Z sieni dobiegły ciężkie, pewne kroki. Na próg wyszedł chłop. Krępy, barczysty, z ciemną, okazałą brodą, w której już srebrzyła się siwizna. Miał na sobie czystą, choć łatana, koszulę z kołnierzykiem i watowane spodnie, wpuszczone w buty. Wyszedł, wycierając ręce o szmatę, i zastygł, wbijając wzrok w przybysza. Przez chwilę stali napWszyscy oni – Maksym, Tymoteusz, Polina i Arkadiusz – siedzieli później przy wspólnym stole, a zapach świeżego chleba i gwar rozmowy wypełniał izbę, zmieniając bolesną przeszłość w trudne, ale wspólne teraz.

Leave a Comment