Zachód słońca nad Jeziornem gasł powoli, jakby niechętnie rozstawał się z ziemią. Postrzępione chmury, podświetlone szkarłatem, odbijały się w ciemnej wodzie rzeki Wieprzy, która wyglądała, jakby nie wodą była zalana, ale gęstą, stygnącą krwią. Na starej, zmurszałej dzwonnicy cmentarza św. Mikołaja, na wzgórzu, leniwie i chrapliwie wydzwonił godzinę dzwon — raz, drugi, trzeci, a jego głos popłynął nad zamilkłą okolicą, nad czarnymi chatami, nad pochylonymi łazienkami, nad wyboistym traktem wiodącym w stronę Nowogrodu. O takiej porze każda żywa dusza zwykle ciągnęła już do ognia, do ciepła, do bezpiecznego domu. Ale we wsi Jeziorno tego wieczoru nikt nie zapalał lamp naftowych i nie zasiadał do kolacji. Po podwórzach, po zapłociach, po kuchniach szeleściła wieść — niewiarygodna jak śnieg w środku lata, i złowieszcza jak dźwięk pogrzebowego dzwonu.
Po drodze, prowadzącej od rozjeżdżonego traktu do końca wsi, wlókł się człowiek. Szedł powoli, ciężko stawiając nogi obute w rozwalone, sznurkiem związane buty. Żołnierski płaszcz, wyblakły do białości na ramionach i przepalony w kilku miejscach, wisiał na nim jak na wieszaku. Za plecami kołysał się pusty tornister — nie było w nim nic, oprócz suchej pajdy chleba owiniętej w czystą koszulę i blaszanego kubka z ułamanym uchem. Twarz wędrowca, poorana głębokimi jak jary zmarszczkami, porosła była kłującą, siwą, od dawna niestrzyżoną brodą, a głęboko zapadnięte oczy spod krzaczastych brwi patrzyły z jakimś ukrytym, przerażającym ogniem. Te oczy widziały zbyt wiele i już niczego się od świata nie spodziewały. Czytało się w nich raz po raz to błaganie, to lodowaty spokój, to znów taką śmiertelną, nieutuloną tęsknotę, że rzadcy przechodnie, ujrzawszy go, śpiesznie odwracali wzrok.
Maksym Raszczyński wracał do domu.
Minęło trzynaście lat od tamtego styczniowego poranka czterdziestego drugiego, gdy jego transport, nie dojechawszy do frontu, wpadł pod bombardowanie pod Różanem i zamienił się w stos pokrzywionego żelaza. Trzynaście lat przepadło w czarnej czeluści zapomnienia — szpitale, niewola, obozy filtracyjne, długie tułaczki po obcych, niegościnnych krainach. Przez te wszystkie lata figurował na listach zaginionych bez wieści, a potem zupełnie został wykreślony z pamięci wieśniaków, jak wykreśla się z ksiąg domowych umarłego. Przestał istnieć — i dla rodziny, i dla państwa, i zdawałoby się, dla samego siebie. Ale wewnątrz, w samej głębi jego półmartwej duszy, przez cały ten czas tliła się malutka, jak węgielek w popiele, myśl: wrócić. Dojść. Zobaczyć.
I oto teraz stał na końcu wsi, przy starej studni z pochylonym żurawiem, i nie mógł zrobić tych ostatnich kilku kroków. Serce waliło gwałtownie i niemiarowo, grożąc rozsadzeniem żeber. Przed oczami mu się mąciło — czy to z wyczerpania i głodu, czy to z emocji. Patrzył tam, gdzie za rzadkim płotkiem, za starą, ogołoconą z liści bzem, czerniał dom. Jego dom. A raczej ten dom, który zbudował własnymi rękami trzy lata przed wojną, jeszcze całkiem młodym, pełnym sił i nadziei.
Chata na pierwszy rzut oka niemal się nie zmieniła. Wciąż ten sam wysoki kalenicz, wyrzeźbiony przez jego ojca, wciąż te same rzeźbione okiennice, które on sam strugał przy świetle łuczywa podczas długich zimowych wieczorów. Dopiero przyjrzawszy się, Maksym zauważył zmiany. Gankowe schody były nowe, pobite tarcicą, z porządną poręczą. Brama nie skrzypiała, lecz wisiała równo, na nowych, wciąż błyszczących smarem zawiasach. Z komina unosił się dym, gęsty, aromatyczny — widać palili nie byle czym, tylko sosnowym drewnem. Za domem majaczyły zarysy chlewika, którego wcześniej nie było, i słychać było spokojne pochrukiwanie bydła.
Gospodarstwo żyło pełnym życiem. Mocnym, sytym, obojętnym na niego życiem.
— Tymoteusz — wyszeptał Maksym zesztywniałymi wargami, a to imię sparzyło gardło mocniej niż samogon. — Synku.
Zrobił krok do przodu. Potem jeszcze jeden. Nogi nie słuchały się, plątały w gęstym, chlupiącym błocie. Furtka była uchylona i Maksym, zebrawszy resztki sił, pociągnął ją do siebie. Zardzewiała zasuwa zaskrzypiała i w tej samej chwili z głębi podwórza, rozlegając się histerycznym szczekaniem, wybiegł duży kudłaty pies. Maksym zastygł. Pies, warcząc ze złością, podszedł do niego, ale nagle, jakby potknąwszy się o niewidzialną przeszkodę, ucichł i cofnął się, nieufnie węsząc powietrze.
Na ganek wybiegła dziewczynka lat dwunastu. Bosa, mimo chłodu, w perkalowej sukience, z rozczochranymi lnianymi warkoczykami, zastygła, patrząc na obcego dziadka, a w jej zdziwionych, szeroko otwartych oczach było nie tyle przerażenie, ile raczej ciekawość.
— A kogo to panu, dziadziu? — zapytała donośnie, po gospodarsku wparłszy ręce w boki.
Maksymowi zaparło dech. Patrzył na tę dziewczynkę i nie mógł wydobyć z siebie słowa. To nie była jego córka. Miał kiedyś córkę, ale miała inne imię i inne oczy. Ta patrzyła na niego obcymi, piwnymi, matczynymi oczami i w rysach jej twarzy nie było nic z Raszczyńskich.
— Mamo! — wrzasnęła dziewczynka, odwracając się w głąb podwórza. — Tu jakiś dziadzio stoi, taki straszny! Pies na niego szczekał, a teraz nie szczeka!
Z sieni doszły ciężkie, pewne kroki. Na próg wyszedł chłop. Krępy, barczysty, z ciemną, szeroką brodą, w której już srebrzyła się siwizna. Miał na sobie czystą, choć latami, koszulę i watowane spodnie wpuszczone w buty. Wyszedł, wycierając ręce o szmatę, i zastygł, wbijając wzrok w przybysza. Przez chwilę stali naprzeciw siebie, a powietrze między nimi naprężyło się jak cięciwa.Chłop rozpoznał Maksyma i Maksym rozpoznał chłopa.



