Marek Wilk przez większą część życia czuł na sobie wyrok, zanim zdążył otworzyć usta.
Ludzie widzieli skórzaną kurtkę motocyklową, stare blizny po upadkach, ciężkie buciory i zmęczone oczy — i już im się zdawało, że wiedzą wszystko.
Nie widzieli mężczyzny, który o szóstej rano pakuje szkolne kanapki.
Nie widzieli ojca, który z filmiku nauczył się zaplatać warkocze, bo jego mała córeczka chciała ładnie wyglądać w dniu zdjęcia do szkolnej legitymacji.
Nie widzieli człowieka, który odbudował całe swoje życie wokół jednego cichutkiego głosu wołającego „Tato”.
Ale w szary, poniedziałkowy poranek w Krakowie Marek siedział w sali sądowej, a jego splecione dłonie były tak blade, jakby odpłynęła z nich cała krew. Ściany sali zdawały się oddychać, lekko falując niczym płótno namiotu na wietrze.
Jego siedmioletnia córka Jagoda siedziała trzy rzędy za nim, w żółtej sukience.
Nazywała ją swoją sukienką odwagi.
Marek błagał ją, żeby została w domu z sąsiadką, panią Stępień.
Jagoda po prostu spojrzała na niego i powiedziała:
— Ty zawsze przy mnie jesteś, jak się boję, tatusiu. To ja teraz będę przy tobie.
I Marek nie znalazł na to odpowiedzi.
Oskarżenie
Kłopoty zaczęły się dwa tygodnie wcześniej, wKłopoty zaczęły się dwa tygodnie wcześniej, w domu Eleonory Hartman, bogatej wdowy z willi pod Ojcowem, gdzie naprawiał jej kredens, a powietrze pachniało lawendą i starymi sekretami.



