Bandyci zniszczyli sukienkę kelnerki ‘dla zabawy’… nie wiedząc, że jej mąż nie znosi upokorzeń…2 min czytania.

Dzielić

Restauracja zamarła w ciszy, gdy trzej dranie rozdarli uniform kelnerki, śmiejąc się jak bestie w klatce, która ich zdaniem należała do nich. Ale to, czego żaden z nich nie wiedział, czego każdy drżący świadek miał się za chwilę dowiedzieć, to że jej mąż nie był byle kim. Był Mateusz Marek, człowiek, którego niegdyś nazywano Czarnym Lwem. I w chwili, gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami, ich śmiech zamarł.

Ekspres do kawy roztrzaskał się o podłogę wyłożoną kafelkami, gdy w lokalu zapadła groźna cisza. Lena Marek stała nieruchomo przy stoliku numer siedem, przytrzymując rozdartą tkaninę swojego bladego niebieskiego uniformu na piersi, zimne powietrze szczypało w odsłoniętą skórę. Śmiech trzech obcych mężczyzn rozbrzmiewał po restauracji – głośny, okrutny i bezlitosny.

Goście zastygli w swoich czerwonych winylowych boksach z widelcami zawieszonymi w powietrzu, ale nikt nie spodziewał się, co wydarzy się za chwilę, bo ta łagodna kelnerka miała ochronę, jakiej żaden z nich nie mógłby się spodziewać. W ciągu następnych dziesięciu minut ci sami mężczyźni, którzy się z niej naśmiewali, zrozumieliby prawdziwe znaczenie strachu. Jesienne słońce zachodziło nad trasą dziewięć, gdy Lena zaczynała swoją nocną zmianę w Barze Millera. Mając trzydzieści jeden lat, zachowywała się z pewnym spokojnym wdziękiem, który sprawiał, że ludzie czuli się bezpieczni.

Jej uniform zawsze był wyprasowany, ciemnoblond włosy starannie spięte, a uśmiech szczery. Stali bywalcy wiedzieli, że jej kawa zawsze była gorąca, a jej obecność zawsze kojąca. Starsze małżeństwo przy stoliku numer trzy uśmiechnęło się, gdy bez pytania dolewała im do kubków. Kierowca ciężarówki w kącie skinął głową z wdzięcznością. Dla wszystkich tutaj była po prostu Leną, kelnerką, która pamiętała zamówienia i nigdy nie podnosiła głosu. A jednak za tymi ciepłymi, orzechowymi oczami kryła się historia, której nikt w tym małym miasteczku nie znał.

Gdy wycierała ladę, dzwonek nad drzwiami zadzwonił. Weszło trzech mężczyzn w skórzanych kurtkach, z butnym krokiem, z głosami zbyt głośnymi jak na tę przestrzeń. Ten na przedzie, o szerokich ramionach i ciemnych włosach zaciskanych do tyłu, z aroganckim uśmiechem wytatuowanym na twarzy, rozejrzał się po restauracji, jakby to było jego królestwo. Za nim jego dwaj kumple – jeden wysoki i chudy, drugi krępy, z wyblakłym tatuażem wijącym się po szyi. Śmiali się bez powodu, śmiechem, który miał oznaczać przejęcie terytorium.

„Hej, słodziutka”

Leave a Comment