Korytarze na dwudziestym trzecim piętrze pachniały świeżo mieloną kawą i cytrynowym środkiem dezynfekującym. To była dziwna mieszanka – luksusu i sterylności, jakby budynek chciał przekonać wszystkich, że tu, na górze, świat jest czystszy, bardziej uporządkowany, sprawiedliwszy. Sebastian Nowak szedł w stronę swojego biura, nie patrząc na nikogo, z telefonem wibrującym po raz kolejny w kieszeni i głową pełną liczb: inwestorzy, terminy, projekt wieżowca w Wilanowie, głos Kamili żądającej „wyników”, jakby życie było arkuszem kalkulacyjnym.
Kiedy otworzył drzwi, wszystko lśniło. Szkło bez odcisków palców. Marmur jak lustro. Ani śladu kurzu na listwach przypodłogowych, ani plamy na stole konferencyjnym. Przez chwilę poczuł satysfakcję, jakby patrzył na miasto z góry i wierzył, że samo spojrzenie daje mu władzę.
Wtedy ją zobaczył.
Magda klęczała przy biurku, sprzątając precyzyjnymi, niemal bezgłośnymi ruchami. Chuda, młoda, z włosami spiętymi w kucyk i rękami czerwonymi od tanich chemikaliów. Wzdrygnęła się, gdy go zauważyła, jakby obecność szefa była błyskiem pioruna.
— Przepraszam, panie Nowak — powiedziała, wstając zbyt szybko. — Skończę za pięć minut.
Sebastian, który rzadko improwizował słowa poza zawodowym scenariuszem, wyrzucił zdanie, które nie pochodziło z głowy, ale z jakiegoś niewygodnego miejsca w piersi.
— Nie ma problemu. Nie spiesz się.
Magda skinęła głową, nie patrząc na niego, i kontynuowała sprzątanie. On usiadł, próbował otworzyć laptopa, ale jego wzrok wracał do niej: ostrożność, z jaką przesuwała każdy przedmiot, jakby wszystko tu było kruche; sposób, w jaki unikała hałasu, jakby przepraszała za swoje istnienie.
Gdy skończyła, popchnęła wózek w stronę drzwi.
— Już po wszystkim, proszę pana. Miłego dnia.
— Czekaj — powiedział Sebastian i sięgnął po portfel. Wyciągnął banknoty bez zastanowienia: dwieście złotych. — Masz. Za dobrą robotę.
Magda zastygła w bezruchu. Spojrzała na pieniądze, potem na jego twarz. W jej oczach nie było chciwości. Ani przesadnej wdzięczności. Tylko zmęczenie… i coś twardego, jak granica.
— Dziękuję, panie Nowak — odpowiedziała cicho. — Ale nie mogę przyjąć.
— To napiwek — nalegał, czując się niezręcznie. — Wszyscy biorą napiwki.
— Ja biorę tylko umówioną pensję. Mój zarobek jest w porządku. Nie potrzebuję więcej.
Powiedziała „nie potrzebuję więcej” tak, jakby te słowa były murem, który musiała zbudować własną krwią. Potem wyszła bez teatralności, bez przeprosin, zostawiając mu pieniądze w dłoni jak coś brudnego.
Tego ranka Sebastian nie mógł się skupić. Odmowa ciążyła mu jak cień. Kto odmawia dodatkowych pieniędzy? Jaka to duma? Przez dwa tygodnie próbował powtórzyć gest: napiwek, czekoladki, podwyżkę. Magda odrzucała wszystko z tą samą stanowczą godnością, jakby każda oferta kryła haczyk.
Aż pewnego deszczowego popołudnia, gdy zobaczył, jak wychodzi z budynku ze spuszczoną głową i wysłużonym plecakiem, coś w nim pękło. To nie była romantyczna litość, jeszcze nie. To był wstyd. Brutalne przeczucie, że przeżył trzydzieści cztery lata, nie patrząc naprawdę na nikogo, kto nie stał na jego poziomie.
Bez zastanowienia zszedł schodami zamiast wziąć windę. Wyszedł na ulicę z rozpiętym płaszczem i drobnym deszczem malującym zimne kropki na jego twarzy. Mówił sobie, że tylko przejdzie się kawałek, by ochłonąć… ale gdy Magda nie skręciła w stronę przystanku, a szła dalej, przywarł do cienia witryn, a w gardle rosło mu niebezpieczne pragnienie: *Muszę wiedzieć*. I na końcu tego zdania, jakby los słuchał, poczuł, że coś zaraz eksploduje.
Magda szła szybko. Trzydzieści metrów za nią Sebastian trzymał dystans, jakby ścigał tajemnicę. Światła Warszawy odbijały się w mokrym asfalcie. Minęła jeden przystanek. Potem drugi. I trzeci. Aż w nim zakotłowała się nieprzyjemna pewność:
*Idzie pieszo, by oszczędzić na bilecie.*
Obok niej szła mała dziewczynka, za rękę, nie mogła mieć więcej niż sześć lat. Ledwo nadążała, prawie biegła. Jej szara sukienka miała wytarty rąbek. W dłoni niosła papierowy kubek.
Szli czterdzieści minut. Nowoczesne budynki zostawiali za sobą. Miasto zmieniało skórę: węższe ulice, ściany z graffiti, popękane chodniki. Bródno. Sebastian słyszał tę nazwę jak coś odległego, słowo, które nie wchodzi do drapaczy chmur.
Magda zatrzymała się przed zniszczonym blokiem. Dziewczynka puściła jej rękę i pobiegła do wejścia, jakby zmęczenie nie istniało, gdy chodzi o dotarcie „do domu”.
— Mamo! — krzyknęła malutka, podnosząc kubek.
Sebastian schował się za zaparkowanym samochodem, z sercem tłukącym się w żebrach. Zobaczył monety w kubku, niewiele, smutne, dźwięczące jak metalowy deszcz. Zobaczył, jak twarz Magdy na sekundę się wykrzywia, tylko mgnienie bólu… potem wymuszony, odważny, fałszywy uśmiech.
— Jesteś moją najlepszą pomocnicą, skarbie — powiedziała Magda, schylając się. — Starczy na… na jajka jutro?
Pytanie zadane przez dziecko, jakby pytała o pogodę. Jakby „jajka jutro” były miarą bezpieczeństwa dzieciństwa.
Magda objęła jej twarz dłońmi.
— Jutro, serduszko. Obiecuję.
Poszli do małego sklepiku. Sebastian, po drugiej stronie ulicy, patrzył przez witrynę. Magda wysypała monety na ladę. Sprzedawca policzył je cierpliwie, jakby odliczał sekundy przed złymi wieściami. Wskazała coś; pokręcił głową. Wskazała coś innego. W końcu wyszli z papierową torbą: czerstwy chleb i butelka mleka.
To było wszystko.
Nie weszli do bloku. Usiedli pod markizą sklepu, na krawędzi chodnika, gdy deszcz nasilał się. Magda przełamała chleb i dała dziewczynce większą połowę. Malutka piła mleko prosto z butelki. Magda otarła jej usta grzbietem dłMagda podniosła wzrok i zobaczyła go przez mżawkę, a wtedy zrozumiała, że niektóre mosty można zbudować tylko z rozpaczy, ale czasem wystarczy jeden, by ruszyć w drogę.



