Bogacz przybył niespodziewanie i zobaczył nianię z dziećmi… To, co zobaczył, poruszyło jego serce5 min czytania.

Dzielić

**Dziennik Sebastiana Kowalskiego**

Milioner wrócił niespodziewanie do swojej willi i zakochał się, widząc, co opiekunka uczyła jego trojaczków. Sebastian Kowalski stanął jak wryty w progu drzwi. W dłoniach wciąż ściskał podróżną teczkę. Krawat zwisał luźno po osiemnastu godzinach lotu z Szanghaju. Wrócił trzy dni wcześniej, bo negocjacje zakończyły się szybciej, bo coś w piersi podpowiedziało mu, że musi być w domu. Teraz rozumiał dlaczego.

Na podłodze sypialni klęczała nowa opiekunka, ubrana w czarny uniform z białym fartuchem, który kontrastował z eleganckim wystrojem pokoju. Ale to nie jej strój odebrał mu oddech. To były jego dzieci. Bartek, Kacper i Tomek klęczeli obok niej, ich małe dłonie złożone do modlitwy, oczy zamknięte z takim spokojem, jakiego Sebastian nigdy wcześniej u nich nie widział.

*Dziękuję Ci za ten dzień.*

Głos opiekunki był cichy, melodyjny.

*Dziękuję za jedzenie, które nas żywi, i dach nad głową, który nas chroni.*

*Dziękuję za jedzenie* – powtórzyły chórem trojaczki.

Sebastian poczuł, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa.

*A teraz powiedzcie Bogu, co was dzisiaj uszczęśliwiło.*

Bartek uchylił jedno oko, spojrzał na braci i znów je zamknął.

*Byłem szczęśliwy, gdy Julka nauczyła mnie robić ciasteczka* – powiedział nieśmiało, ale wyraźnie.

*A ja, gdy bawiłem się w ogrodzie* – dodał Kacper.

Tomek, najcichszy z nich, zastanawiał się dłużej.

*A ja, że już nie boję się w nocy.*

Teczka wysunęła się z dłoni Sebastiana i uderzyła o podłogę.

Julka natychmiast otworzyła oczy. Jej ciemne spojrzenie spotkało się z jego przez całą długość pokoju. Przez trzy sekundy, które wydały się wiecznością, nikt się nie poruszył. Dzieci też otworzyły oczy.

*Tato!* – krzyknął Kacper, zrywając się z podłogi, ale Sebastian ledwie rozumiał jego słowa. Wzrok mu się zamglił. Coś gorącego paliło go za powiekami.

*Panie Kowalski* – Julka wstała z gracją, prostując fartuch. *Nie spodziewaliśmy się pana przed piątkiem.*

*Sk…* – głos mu się załamał. *Skończyłem wcześniej.*

Bartek i Tomek podbiegli do niego. Ich małe ramiona objęły jego nogi. Sebastian odruchowo ich przytulił, ale wzrok wciąż miał wbity w kobietę, która w ciągu zaledwie czterech tygodni przemieniła jego dzieci.

Cztery tygodnie.

Siedem poprzednich opiekunek zawiodło w ciągu osiemnastu miesięcy. Żadnej nie udało się sprawić, by dzieci zasypiały bez krzyku. Żadna nie powstrzymała ich przed niszczeniem zabawek. Żadna nie sprawiła, by się tak uśmiechały.

*Chcesz się z nami pomodlić, tato?* – głos Tomka brzmiał pełen nadziei.

Sebastian nie umiał się modlić. Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozmawiał z Bogiem. Może w wieku swoich synów, a może nigdy.

*Muszę…* – wskazał niepewnie w stronę drzwi. *Odłożyć swoje rzeczy.*

Rozczarowanie przemknęło po twarzy Tomka jak cień.

*Zostawiam was, żebyście skończyli modlitwę.*

Sebastian cofnął się do korytarza. *Śmiało, proszę.*

Julka lekko skinęła głową. Nie powiedziała nic, ale coś w jej spojrzeniu przeszyło go jak nóż.

Sebastian przeszedł przez korytarz swojej willi krokiem, którego nie czuł. Schodził po schodach, trzymając się poręczy jak pijany. Wszedł do gabinetu i zamknął drzwi na klucz.

Dopiero wtedy pozwolił sobie osunąć się na podłogę. Jego syn miał powiedzieć, że już się nie boi w nocy.

*Kiedy zaczął się bać? Kiedy Sebastian przestał to zauważać?*

Obraz trzech chłopców z zamkniętymi oczami i spokojnymi twarzami wrył się w jego umysł jak rozżarzone żelazo. To, jak ufali tej kobiecie, jak nauczyła ich wyrażać wdzięczność, nazywać emocje, prosić o pomoc od kogoś większego niż oni sami – wszystko to, czego on nigdy im nie dał.

Sebastian osunął się przy drzwiach na podłogę. Jego garnitur wart 12 000 złotych marszczył się na drewnie. Włoskie buty leżały przed nim niezgrabnie. I po raz pierwszy od trzech lat, od dnia, gdy żona zostawiła ich bez słowa wyjaśnienia, Sebastian Kowalski zapłakał. Łzy paliły mu policzki.

**Dwie godziny wcześniej…**

Julka przyjechała następnego dnia o siódmej rano. Willa Kowalskich była jeszcze większa, niż sobie wyobrażała. Wysokie sufity, marmurowe podłogi, sztuka na ścianach, która prawdopodobnie kosztowała więcej niż jej rodzinny dom w Białymstoku. Ale miejsce to wydawało się puste, jak drogie muzeum, w którym nikt nie mieszkał.

*Chłopcy wstają o 7:30* – pani Nowak, gospodyni, pokazała jej kuchnię. *Zabierasz ich do szkoły o 8, odbierasz o 15. Odrabianie lekcji, podwieczorek, kąpiel, obiad o 19, spanie o 20. Pan Kowalski prawie nigdy nie jest w domu.*

Głos pani Nowak zmiękł.

*Pracuje do późna. Podróżuje non-stop odkąd żona odeszła trzy lata temu. Schronił się w pracy. Nie utrzymuje kontaktu z dziećmi. Żadne z nich nie dostało pełnej opieki po rozwodzie. Wyszła za europejskiego biznesmena pół roku po wyjeździe. Pewnie już nawet nie pamięta, że ma synów.*

Julka poczuła, jak coś ściska ją w żołądku.

*Ile mieli, gdy odeszła?*

*Trzy lata.*

Ledwo zdjęli pieluchy. Trzy lata bez matki. Trzy lata z ojcem, który chował się za spotkaniami i międzynarodowymi podróżami.

*Idę się z nimi przywitać* – powiedziała, kierując się na schody.

**Następnego ranka…**

Sebastian nie spał tej nocy. Siedział w fotelu w swojej sypialni, patrząc przez okno na ciemny ogród. Za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział swoich synów klęczących w modlitwie. Słowa Tomka dźwięczały mu w głowie jak dzwony.

*Już nie boję się w nocy.*

O szóstej rano wziął telefon i zadzwonił do swojej asystentki.

*Anuluj Singapur.*

*Przepraszam, panie Kowalski. Spotkanie z inwestorami za trzy dni.*

*Anuluj. Przełóż na dwa miesiące.***W końcu, po latach uciekania od własnych uczuć, Sebastian zrozumiał, że prawdziwe bogactwo nie leży w kontach bankowych, lecz w małych dłoniach synów ściskających jego dłoń przed snem i w spojrzeniu Julki, która nauczyła go, że miłość nie zna granic ani klas społecznych – tylko wierność i odwagę, by być sobą.**

Leave a Comment