Bogacz traci mowę na widok robotnika, który jest żywym obrazem zaginionej córki…5 min czytania.

Dzielić

*Gdybyś trafił tu z Facebooka, ciekaw, co naprawdę stało się z Robertem i dziwną pracownicą fabryki, której oczy były lustrzanym odbiciem oczu jego zaginionej córki—zatrzymaj się na chwilę. To, co nastąpi, jest mroczniejsze, boleśniejsze i o wiele bardziej poplątane, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.*

*To nie jest zwykła historia.*

*Więźnie, łamie i nie chce puścić.*

**Brygadzista Coś Ukrywał**

Brygadzista sunął w naszą stronę, twarz mu płonęła.

– *Panie Kowalski! Natychmiast odejdzie pan od tej dziewczyny!*

Odwróciłem się, oszołomiony. Dłonie Zosi wciąż były w moich.

– *To problemowa – warknął. – Jest tu ledwie tydzień, a już robi zamieszanie. Nie ma prawa nachodzić inwestorów!*

Zosia wyrwała się, całym ciałem drżąc.

– *Nie zrobiłam nic złego, panie Władku – wyszeptała ledwie słyszalnie. – To on mnie złapał.*

Coś we mnie pękło – coś, czego nie czułem od dnia, gdy zniknęła Małgosia.

– *Uważaj, co mówisz – rzuciłem ostro. – Nie będziesz się do niej zwracał w ten sposób. Ona nic nie zrobiła.*

Brygadzista patrzył na mnie jak na obłąkanego.

– *Z całym szacunkiem, proszę pana – prychnął – pan tych ludzi nie zna. Zjawiają się znikąd, bez dokumentów, bez przeszłości, opowiadają historie, żeby wzbudzić litość.*

Jego słowa podsyciły mój gniew, ale też zasiały ziarno wątpliwości.

*Bez dokumentów?*

Spojrzałem znów na Zosię. Wciąż patrzyła w ziemię, ale jej strach był wyczuwalny. Nie strach z powodu pracy – coś głębszego.

– *Dziewczyno… gdzie mieszkasz?* – spytałem cicho.

Zawahała się, przygryzając wargę.

– *W… wynajętym pokoju. Na Woli.*

– *Z kim?*

– *Z babcią.*

– *A rodzice?*

Żuchwa jej się zacięła. Po policzku spłynęła pojedyncza łza, zostawiając smugę na zabrudzonej twarzy.

– *Nie znam ich, proszę pana. Babcia mówi, że porzucili mnie, gdy byłam niemowlęciem.*

Świat nagle się przechylił.

*Niemowlę.*

*Porzucona.*

*Babcia.*

Elementy układały się w obraz, którego nie chciałem widzieć.

– *Ile masz lat?*

– *Dwadzieścia trzy… Chyba. Babcia nie jest pewna.*

*Dwadzieścia trzy.*

Małgosia miałaby dziś dwadzieścia trzy.

Brygadzista niecierpliwie westchnął.

– *Panie Kowalski, to absurd—*

– *Dość! – wrzasnąłem. – Jesteś zwolniony. Natychmiast. Wynoś się.*

Twarz mu zbladła. Otworzył usta, by się kłócić, ale się powstrzymał. Odszedł, mrucząc pod nosem.

Gdy zostaliśmy sami – przynajmniej tak sami, jak to możliwe przy dziesiątkach ciekawskich spojrzeń – pochyliłem się do poziomu Zosi.

Wzdrygnęła się.

– *Nie zrobię ci krzywdy – powiedziałem łagodnie. – Posłuchaj tylko. Dwadzieścia lat temu zniknęła moja córka. Miała na imię Małgosia. Trzy latka. Miała twoje oczy. I trzy pieprzyki na szyi – dokładnie tu.*

Wskazałem miejsce.

Zosia instynktownie sięgnęła po szyję.

– *Wiele osób ma pieprzyki – szepnęła.*

– *Nie takie jak jej – odparłem. – Układały się w idealny trójkąt. Żona nazywała je „Pasem Oriona”.*

Oddech jej się urwał.

– *Babcia… – wyszeptała. – Zawsze mówi, że moje pieprzyki są wyjątkowe. Że to znak z nieba.*

Czułem, jak rozdziera mi się pierś.

– *Mogę je zobaczyć?*

Zawahała się. Potem powoli rozluźniła koszulę i odsłoniła kołnierz.

*Były tam.*

Trzy ciemne punkciki.

Doskonały trójkąt.

*Gwiazdy Oriona.*

Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Runąłem na kolana w błocie, szlochając jak przy pogrzebie żony.

– *To ty… – łkałem. – Jesteś moją dziewczynką. Jesteś Małgosią.*

Zosia też płakała – ale jej łzy były pełne niepewności.

– *Nie rozumiem – powiedziała. – Nie jestem pańską córką. Wychowała mnie babcia.*

– *Jak się nazywa?*

– *Kazimiera Nowak.*

To imię nic mi nie mówiło – ale to niczego nie dowodziło.

Ludzie, którzy porywają dzieci, rzadko zostawiają im prawdziwe nazwiska.

– *Muszę ją poznać – powiedziałem. – Proszę. Muszę z nią porozmawiać.*

Zosia otarła twarz.

– *Jest bardzo chora. Niemal nie wstaje z łóżka.*

– *Więc przyjdę do niej – odparłem. – Proszę. Tylko tyle.*

Spojrzała na mnie – tymi samymi zielonymi oczami, oczami mojej żony, oczami Małgosi.

I skinęła głową.

**Droga Do Prawdy**

Kazałem kierowcy jechać na Wolę.

Zosia siedziała cicho na tylnym siedzeniu. Nie przestawałem obserwować jej odbicia w lusterku – każdego ruchu, każdego gestu.

*Czy Małgosia tak się uśmiechała?*

*Czy tak samo marszczyła brwi?*

Dwadzieścia lat zmienia wszystko.

– *Jest pan pewien, proszę pana? – spytał cicho kierowca.*

– *Bardziej niż czegokolwiek w życiu.*

Dzielnica nie przypominała miasta, które znałem.

Błotniste drogi. Blaszane dachy. Zwisające kable.

Mój samochód wyglądał tu groteskowo.

– *Tamten – wskazała Zosia na mały, wyblakły niebieski dom.*

Wysiedliśmy. Śledziły nas ciekawskie spojrzenia.

Zosia otworzyła drzwi zardzewiałym kluczem.

– *Babciu – zawołała. – Przyprowadziłam kogoś.*

Najpierw uderzył zapach – wilgoć, choroba, bieda.

Cały dom był jednym pomieszczeniem.

Starsza kobieta leżała na wąskim łóżku, owinięta cienkim kocem. Jej skóra wyglądała na przezroczystą, oczy zmętniałe.

Ale gdy mnie zobaczyła, przerażenie przywróciło im jasność.

– *Kto to? – wyszeptała.*

– *To mój szef – odparła Zosia. – Właściciel firmy.*

Staruszka próbowała usiąść, ale wybuchnęła kaszlem. Zosia rzuciła się jej pomóc.

JaStałem w progu, patrząc, jak z jej ust spływa kropla krwi, i wiedziałem już, że ta kobieta zabrała mi córkę, a teraz umierając, zabiera też moją szansę, by poznać całą prawdę.

Leave a Comment