*Gdybyś trafił tu z Facebooka, ciekaw, co naprawdę stało się z Robertem i dziwną pracownicą fabryki, której oczy były lustrzanym odbiciem oczu jego zaginionej córki—zatrzymaj się na chwilę. To, co nastąpi, jest mroczniejsze, boleśniejsze i o wiele bardziej poplątane, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.*
*To nie jest zwykła historia.*
*Więźnie, łamie i nie chce puścić.*
**Brygadzista Coś Ukrywał**
Brygadzista sunął w naszą stronę, twarz mu płonęła.
– *Panie Kowalski! Natychmiast odejdzie pan od tej dziewczyny!*
Odwróciłem się, oszołomiony. Dłonie Zosi wciąż były w moich.
– *To problemowa – warknął. – Jest tu ledwie tydzień, a już robi zamieszanie. Nie ma prawa nachodzić inwestorów!*
Zosia wyrwała się, całym ciałem drżąc.
– *Nie zrobiłam nic złego, panie Władku – wyszeptała ledwie słyszalnie. – To on mnie złapał.*
Coś we mnie pękło – coś, czego nie czułem od dnia, gdy zniknęła Małgosia.
– *Uważaj, co mówisz – rzuciłem ostro. – Nie będziesz się do niej zwracał w ten sposób. Ona nic nie zrobiła.*
Brygadzista patrzył na mnie jak na obłąkanego.
– *Z całym szacunkiem, proszę pana – prychnął – pan tych ludzi nie zna. Zjawiają się znikąd, bez dokumentów, bez przeszłości, opowiadają historie, żeby wzbudzić litość.*
Jego słowa podsyciły mój gniew, ale też zasiały ziarno wątpliwości.
*Bez dokumentów?*
Spojrzałem znów na Zosię. Wciąż patrzyła w ziemię, ale jej strach był wyczuwalny. Nie strach z powodu pracy – coś głębszego.
– *Dziewczyno… gdzie mieszkasz?* – spytałem cicho.
Zawahała się, przygryzając wargę.
– *W… wynajętym pokoju. Na Woli.*
– *Z kim?*
– *Z babcią.*
– *A rodzice?*
Żuchwa jej się zacięła. Po policzku spłynęła pojedyncza łza, zostawiając smugę na zabrudzonej twarzy.
– *Nie znam ich, proszę pana. Babcia mówi, że porzucili mnie, gdy byłam niemowlęciem.*
Świat nagle się przechylił.
*Niemowlę.*
*Porzucona.*
*Babcia.*
Elementy układały się w obraz, którego nie chciałem widzieć.
– *Ile masz lat?*
– *Dwadzieścia trzy… Chyba. Babcia nie jest pewna.*
*Dwadzieścia trzy.*
Małgosia miałaby dziś dwadzieścia trzy.
Brygadzista niecierpliwie westchnął.
– *Panie Kowalski, to absurd—*
– *Dość! – wrzasnąłem. – Jesteś zwolniony. Natychmiast. Wynoś się.*
Twarz mu zbladła. Otworzył usta, by się kłócić, ale się powstrzymał. Odszedł, mrucząc pod nosem.
Gdy zostaliśmy sami – przynajmniej tak sami, jak to możliwe przy dziesiątkach ciekawskich spojrzeń – pochyliłem się do poziomu Zosi.
Wzdrygnęła się.
– *Nie zrobię ci krzywdy – powiedziałem łagodnie. – Posłuchaj tylko. Dwadzieścia lat temu zniknęła moja córka. Miała na imię Małgosia. Trzy latka. Miała twoje oczy. I trzy pieprzyki na szyi – dokładnie tu.*
Wskazałem miejsce.
Zosia instynktownie sięgnęła po szyję.
– *Wiele osób ma pieprzyki – szepnęła.*
– *Nie takie jak jej – odparłem. – Układały się w idealny trójkąt. Żona nazywała je „Pasem Oriona”.*
Oddech jej się urwał.
– *Babcia… – wyszeptała. – Zawsze mówi, że moje pieprzyki są wyjątkowe. Że to znak z nieba.*
Czułem, jak rozdziera mi się pierś.
– *Mogę je zobaczyć?*
Zawahała się. Potem powoli rozluźniła koszulę i odsłoniła kołnierz.
*Były tam.*
Trzy ciemne punkciki.
Doskonały trójkąt.
*Gwiazdy Oriona.*
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Runąłem na kolana w błocie, szlochając jak przy pogrzebie żony.
– *To ty… – łkałem. – Jesteś moją dziewczynką. Jesteś Małgosią.*
Zosia też płakała – ale jej łzy były pełne niepewności.
– *Nie rozumiem – powiedziała. – Nie jestem pańską córką. Wychowała mnie babcia.*
– *Jak się nazywa?*
– *Kazimiera Nowak.*
To imię nic mi nie mówiło – ale to niczego nie dowodziło.
Ludzie, którzy porywają dzieci, rzadko zostawiają im prawdziwe nazwiska.
– *Muszę ją poznać – powiedziałem. – Proszę. Muszę z nią porozmawiać.*
Zosia otarła twarz.
– *Jest bardzo chora. Niemal nie wstaje z łóżka.*
– *Więc przyjdę do niej – odparłem. – Proszę. Tylko tyle.*
Spojrzała na mnie – tymi samymi zielonymi oczami, oczami mojej żony, oczami Małgosi.
I skinęła głową.
**Droga Do Prawdy**
Kazałem kierowcy jechać na Wolę.
Zosia siedziała cicho na tylnym siedzeniu. Nie przestawałem obserwować jej odbicia w lusterku – każdego ruchu, każdego gestu.
*Czy Małgosia tak się uśmiechała?*
*Czy tak samo marszczyła brwi?*
Dwadzieścia lat zmienia wszystko.
– *Jest pan pewien, proszę pana? – spytał cicho kierowca.*
– *Bardziej niż czegokolwiek w życiu.*
Dzielnica nie przypominała miasta, które znałem.
Błotniste drogi. Blaszane dachy. Zwisające kable.
Mój samochód wyglądał tu groteskowo.
– *Tamten – wskazała Zosia na mały, wyblakły niebieski dom.*
Wysiedliśmy. Śledziły nas ciekawskie spojrzenia.
Zosia otworzyła drzwi zardzewiałym kluczem.
– *Babciu – zawołała. – Przyprowadziłam kogoś.*
Najpierw uderzył zapach – wilgoć, choroba, bieda.
Cały dom był jednym pomieszczeniem.
Starsza kobieta leżała na wąskim łóżku, owinięta cienkim kocem. Jej skóra wyglądała na przezroczystą, oczy zmętniałe.
Ale gdy mnie zobaczyła, przerażenie przywróciło im jasność.
– *Kto to? – wyszeptała.*
– *To mój szef – odparła Zosia. – Właściciel firmy.*
Staruszka próbowała usiąść, ale wybuchnęła kaszlem. Zosia rzuciła się jej pomóc.
JaStałem w progu, patrząc, jak z jej ust spływa kropla krwi, i wiedziałem już, że ta kobieta zabrała mi córkę, a teraz umierając, zabiera też moją szansę, by poznać całą prawdę.



