Bogacz zwolnił 37 opiekunek, lecz jedna pokonała wszelkie trudności dla jego sześciu córek.3 min czytania.

Dzielić

Przez prawie trzy tygodzie posiadłość Witkowskich w górach nad Krakowem była dyskretnie omijana przez agencje opieki domowej. Nikt oficjalnie nie twierdził, że dom jest niebezpieczny, ale każda kobieta, która do niego weszła, wychodziła odmieniona. Jedne płakały. Inne krzyczały. Pewna opiekunka zamknęła się w pralni, aż strażnicy musieli ją wyprowadzić. Ostatnia uciekła boso o świcie, z zieloną farbą we włosach, wrzeszcząc, że dzieci są opętane, a ściany słuchają, gdy śpisz.

Przez szklane drzwi gabinetu Jan Witkowski, trzydziestosiedmioletni założyciel firmy cyberbezpieczeństwa notowanej na giełdzie, obserwował, jak taksówka znika za bramą. Był człowiekiem, którego co tydzień wypytywano w biznesowych magazynach, ale to nie miało znaczenia, gdy odwrócił się i usłyszał dźwięk tłuczonego szkła na piętrze.

Na ścianie wisiało rodzinne zdjęcie sprzed czterech lat. Jego żona Kinga, promienna i śmiejąca się, klęczała na piasku, podczas gdy ich sześć córek tuliło się do jej sukienki, opalone i szczęśliwe. Jan dotknął ramki opuszkami palców.

„Zawiodłem je” — szepnął do pustego pokoju.

Zadzwonił telefon. Kierownik operacyjny, Krzysztof Nowak, mówił ostrożnie: „Panie Janie, żadna legalna niania nie przyjmie tej posady. Prawnicy radzą przestać dzwonić”.

Jan wolno wypuścił powietrze. „Więc nie zatrudniamy niani”.

„Została jeszcze jedna opcja” — odparł Krzysztof. „Sprzątaczka rezydencjalna. Bez doświadczenia w opiece nad dziećmi”.

Jan spojrzał przez okno na zaniedbany ogród, gdzie wśród zwiędłych roślin leżały porozrzucane zabawki. „Zatrudnijmy kogoś, który się zgodzi”.

Po drugiej stronie miasta, w ciasnym mieszkaniu pod Nową Hutą, Weronika Kowalska, dwudziestosześcioletnia studentka psychologii, wiązała swoje znoszone trampki i pakowała podręczniki do plecaka. Sprzątała domy sześć dni w tygodniu, a nocami studiowała traumę dziecięcą, kierowana przeszłością, o której rzadko mówiła. Gdy miała siedemnaście lat, jej młodszy brat zginął w pożarze domu. Od tamtej pory strach już jej nie zaskakiwał. Cisza nie przerażała. Ból był znajomy.

Telefon zadzwonił. Kierowniczka agencji mówiła pośpiesznie: „Pilne zlecenie. Prywatna posiadłość. Od zaraz. Potrójna stawka”.

Weronika spojrzała na rachunek za studia przyklejony do lodówki. „Podaj adres”.

Dom Witkowskich był piękny w sposób, w jaki piękne są rzeczy kupione za pieniądze. Czyste linie, widok na Tatry, wypielęgnowane żywopłoty. W środku czuć było pustkę. Strażnik otworzył bramę i mruknął: „Powodzenia”.

Jan powitał ją z cieniami pod oczami. „To tylko sprzątanie” — powiedział szybko. „Moje córki są w żałobie. Nie obiecuję spokoju”.

Na górze rozległ się huk, a po nim śmiech ostry jak brzytwa.

Weronika skinęła głową. „Nie boję się żalu”.

Na schodach stało sześć dziewczynek. Hania, dwunastolatka, o sztywnej postawie. Ola, dziesięcioletnia, nerwowo szarpiąca rękawy. Basia, dziewięcioletnia, z biegającymi oczami. Julka, ośmioletnia, blada i cicha. Bliźniaczki Zosia i Marysia, sześcioletnie, uśmiechające się zbyt szeroko. I trzyletnia Lena, trzymająca podartego pluszowego królika.

„Jestem Weronika” — powiedziała spokojnie. „Przyszłam posprzątać”.

Hania podeszła bliżs”Hania uniosła głowę, patrząc na nią długo, aż w końcu odparła: ‘Sprzątaj więc’, ale w jej głosie nie było już tego ostracyzmu, który towarzyszył wszystkim poprzedniczkom Weroniki.”

Leave a Comment