Zbiegła po schodach tak szybko, że o mało nie przewróciła się na ostatnim stopniu, a potem wskoczyła na trawnik boso, krzycząc, jakby ktoś podpalił cały dom.
Wszyscy pomyśleli, że oszalała.
Jej włosy powiewały na wietrze, a oczy błyszczały dziką radością. Mijający ją sąsiedzi zatrzymywali się, niepewni, czy ma atak szału, czy po prostu świętuje życie.
„Co się dzieje?” – zapytał starszy pan z psem, cofając się o krok.
„Nic! Wszystko!” – wykrzyknęła, wirując w kółko, aż sukienka uniosła się jak płatki kwiatów.
Ktoś mruknął: „Młodość…” i ruszył dalej, kręcąc głową.
Ale ona już biegła dalej, śmiejąc się głośno, jakby odkryła tajemnicę, której nikt inny nie znał. Trawa była mokra od porannej rosy, ale wcale jej to nie obchodziło.
W domu matka wyjrzała przez okno, wzdychając. „Znowu te wybryki…”
Ale dziadek, siedzący na werandzie, uśmiechnął się pod wąsem. „Niech się wyszaleje. Życie to nie tylko porządek.”
I tak stała tam, z rozpostartymi ramionami, wpatrzona w niebo, jakby właśnie odkryła, że ziemia jest pełna cudów – wystarczyło tylko przestać bać się jej dotknąć.



