Marek mrugnął kilka razy, pewny, że mu się przewidziało. Dziewczynka, biedna, chuda, z bosymi stopami i podartą sukienką, trzymała dłoń jasnowłosej malutkiej dziewczynki tak delikatnie, że ta – po trzech miesiącach bez ruchu w nóżkach – po raz pierwszy wstała z wózka. W parku zapadła cisza, ojciec stał jak wryty.
Dziecko drżało, ale stało. I gdy Marek płakał, nie rozumiejąc nic, mała nieznajoma uśmiechnęła się i szepnęła: *”Mówiłam, że da radę”*. Nie wiedział jeszcze, że to spotkanie zmieni jego życie na zawsze.
Historia, którą zaraz usłyszycie, to opowieść o tym, jak wspomnienia i głosy, które nigdy nie miały miejsca, niosą ze sobą mądrość całego życia. Zaczynamy od początku. Marek Nowak był tym typem ojca, na którego patrzyło się z daleka i myślało: *”Ten facet ma wszystko”*. Milioner, właściciel jednej z największych firm technologicznych w kraju, żonaty z Agnieszką, genialną neurolog.
Ale jeśli zajrzałbyś mu w oczy tamtego wrześniowego poranka, zobaczyłbyś tylko rozpacz. W ramionach trzymał czteroletnią Julkę i uśmiech, który rozświetlał każdy pokój. Tylko że Julka od trzech miesięcy nie ruszała nóżkami. Rzadka choroba neurologiczna odebrała jej możliwość chodzenia, biegania, bycia dzieckiem.
*”Tatusiu, dlaczego znowu jedziemy do szpitala?”* – spytała Julka cieniutkim głosikiem, który rozrywał serce Marka na kawałki. *”Tylko na chwilę, kochanie. Potem zjemy lody, dobrze?”* Kłamstwo. Wiedział, że lodów nie będzie. Będą za to kolejne badania, lekarze kręcący głowami, pełne politowania spojrzenia. Agnieszka skonsultowała już 23 specjalistów. 23 razy usłyszeli to samo: *”Przykro mi, to nieodwracalne”*.
Gdy pchał wózek Julki przez Park Łazienkowski, poczuł, jak łzy palą mu policzki. Jak człowiek, który zbudował imperium od zera, który nigdy nie przyjmował “nie” za odpowiedź, mógł teraz poddać się losowi? Właśnie wtedy pojawiła się ona.
Dziewczynka chuda jak patyk, bosa, w brudnym ubraniu, z potarganymi włosami – miała może siedem, osiem lat. Podeszła powoli, wpatrując się w Julkę. *”Proszę pana, mogę coś powiedzieć?”* Marek już miał ją odprawić. Warszawa pełna jest dzieci proszących o drobne, ale coś w spojrzeniu tej dziewczynki kazało mu zatrzymać się. Była w nim jakaś dziwna powaga, dojrzałość.
*”No co, córeczko?”* – zapytał.
*”Pana córeczka nie rusza nóżkami, co?”*
Serce Marka zamarło. *”Skąd wiesz?”*
*”Ja wiem różne rzeczy. Babcia mnie nauczyła, zanim poszła do nieba. Była znachorką, tam na wsi, w Lubelskiem.”*
Dziewczynka przykucnęła przed Julką. *”Mogę zobaczyć jej rączkę?”* Julka, zawsze ciekawska, wyciągnęła dłoń. Dziewczynka delikatnie dotknęła jej paluszków, nadgarstków, potem pogładziła ramiona, zamknęła oczy. *”Energia tu stoi. Jakby rzeka wyschła. Ale można ją znów puścić.”*
Marek poczuł mieszankę nadziei i sceptycyzmu. *”Jesteś lekarzem? Fizjoterapeutką?”*
Dziewczynka zaśmiała się, ale to był smutny śmiech. *”Nie, proszę pana, ja nawet czytać nie umiem dobrze. Ale babcia leczyła ludzi. Uczyła mnie od malutkiej. Mówiła, że dawni ludzie znali rzeczy, których lekarze już nie pamiętają.”*
*”Jak masz na imię?”*
*”Zosia, proszę pana. Zosia Kowalska.”*
I w tej chwili coś się zmieniło. Może to była desperacja. Może wiara, o której Marek nie wiedział, że jeszcze ją ma. Spojrzał na Julkę, która uśmiechała się do Zosi – pierwszy raz od miesięcy.
*”Zosiu, pomożesz mojej córeczce?”*
Agnieszka uważała, że mąż oszalał. *”Marek, na litość boską, uliczna dziewczynka, która mówi, że robi zamawiania! Żartujesz?”* Siedzieli w salonie swojej willi na Mokotowie. Julka spała obok, Zosia nieśmiało na najdroższej sofie, jaką widziała w życiu.
*”Agnieszko, posłuchaj jej. Jak to, co powie, nie będzie miało sensu, odeślę ją.”*
Agnieszka skrzyżowała ręce. *”No mów, dziewczynko.”*
Zosia wstała, nerwowa. *”Pani doktor, babcia mówiła, że ciało to jak orkiestra. Jak jeden instrument przestaje grać, reszta się gubi. U Julki problem nie tylko w nóżkach, ale w główce, która zapomniała, jak wysłać rozkaz do nóżek.”*
Agnieszka uniosła brew. Dziewczynka opisywała w prostych słowach neuroplastyczność. *”A jak zamierzasz przypomnieć jej mózgowi?”*
*”Przez zmysły, pani doktor. Mocne zapachy, różne dotyki, dźwięki, których nigdy nie słyszała. Trzeba obudzić mózg tak, jak leki nie potrafią.”*
Agnieszka milczała długą chwilę. Jako neurolog wiedziała, że stymulacja sensoryczna bywa stosowana w rehabilitacji, ale lekarze uznali przypadek Julki za beznadziejny.
*”Jedna próba* – w końcu powiedziała. *”Pod nadzorem. Jeśli zobaczę cokolwiek niepokojącego, koniec.”*
Zosia się uśmiechnęła, a w tym uśmiechu bez zębów było więcej mądrości niż w całej bibliotece medycznej.
Pierwsza sesja była dziwna. Zosia rozłożyła suszone liście rozmarynu, zapaliła lawendowe kadzidło, przyniosła dzwoneczki i zaczęła masować stópki Julki olejem, który sama przygotowała – pachniał mokrą ziemią i polnymi kwiatami.
*”Julciu, zamknij oczka. Wyobraź sobie coś pysznego. Lody truskawkowe. Czujesz smak?*
Julka się zaśmiała: *”Tak!”*
*”A teraz wyobraź sobie, że biegniesz za wózkiem z lodami. Twoje nóżki są mocne, biegniesz, biegniesz…”*
Mówiąc to, Zosia uciskała konkretne punkty na stopach, łydkach, udach Julki. Agnieszka obserwowała jak naukowiec. Te punkty przypominały te z akupresury. Dziewczynka robiła terapię integracyjną, nie znając jej nazwy.
15 minut później stało się coś niezwykłego. Paluszek u nogi Julki drgnął. Ledwo zauważalnie, ale wszyscy widzieli. Marek zakrztusił się. AgnieszkaI tak Zosia, która kiedyś nie miała nawet własnego łóżka, a dziś stała się nadzieją dla tysięcy, spojrzała na rodzinę Nowaków – swoją rodzinę – i zrozumiała, że największe cuda rodzą się nie z magii, ale z wiary w drugiego człowieka.



