Córka chirurga odzyskała nogi dzięki bezdomnemu chłopcuBezdomny chłopak, który znał starożytną technikę masażu, delikatnie ujął jej dłonie i powoli poprowadził ją do pierwszych niepewnych kroków, a łzy szczęścia w jej oczach mówiły więcej niż słowa.5 min czytania.

Dzielić

Córka chirurga nigdy nie chodziła. Aż pewnego dnia bezdomny chłopiec powiedział: „Daj mi spróbować”.

Dr. Marek Kowalski obserwował swoją córkę Zosię przez szybę sali rehabilitacyjnej w Szpitalu Dziecięcym im. Świętego Jana w Warszawie, gdzie dziewczynka nieruchomo siedziała w specjalnym wózku. Dwunastoletnia blondynka nigdy nie postawiła ani jednego kroku, a każda wizyta u najlepszych specjalistów w kraju kończyła się tą samą przygnębiającą diagnozą.

Poczuł delikatne szarpnięcie za swój biały fartuch. Gdy spojrzał w dół, zobaczył chłopca około czternastu lat z rozczochranymi brązowymi włosami i znoszonymi ubraniami, które wyraźnie widziały lepsze czasy.

„Panie doktorze, czy pan jest tatą tej małej blondynki?” – zapytał chłopiec, wskazując na Zosię.

Marek zdziwił się tym pytaniem. Jak to dziecko dostało się do szpitala samo? Miał już wezwać ochronę, gdy chłopiec ciągnął dalej:

„Mogę pomóc jej chodzić. Wiem jak”.

„Młody, nie powinieneś tu być sam. Gdzie są twoi rodzice?” – odpowiedział Marek, starając się zachować cierpliwość.

„Nie mam rodziców, panie doktorze, ale wiem rzeczy, które pomogą pańskiej córce. Nauczyłem się, opiekując się moją siostrzyczką, zanim… zanim odeszła”.

W chłopcu była powaga, która sprawiła, że Marek się zawahał. Zosia, która zawsze była apatyczna podczas zajęć, odwróciła głowę w stronę rozmowy i wyciągała rączki w stronę szyby.

„Jak masz na imię?” – zapytał Marek, kucając na poziom oczu chłopca.

„Nazywam się Kacper, panie doktorze. Śpię na ławce w parku naprzeciwko szpitala. Już od dwóch miesięcy. Codziennie przychodzę tu i patrzę na pańską córkę przez okno”.

Serce Marka ścisnęło się. Dziecko tak młode, żyjące na ulicy, a martwi się Zosią.

„Kacper, co wiesz o pomaganiu dzieciom, które nie chodzą?”

„Moja siostrzyczka też tak się urodziła. Mama nauczyła mnie specjalnych ćwiczeń, które jej pomagały. Nawet zaczęła poruszać nóżkami, zanim… zanim odeszła”.

Marek poczuł ucisk w piersi. Wypróbował wszystkie konwencjonalne metody, wydał fortunę na zagranicznych specjalistów i nic nie działało. Co miał do stracenia, pozwalając chłopcu spróbować?

„Dr Kowalski” – głos rehabilitantki, Ewy, rozległ się po korytarzu. „Zosia skończyła dziś zajęcia. Znowu nie było żadnej reakcji”.

„Ewo, chciałbym ci przedstawić Kacpra. On… ma pomysł na ćwiczenia dla Zosi”.

Terapeutka spojrzała na chłopca od stóp do głów z widocznym sceptycyzmem.

„Panie doktorze, z całym szacunkiem, dziecko z ulicy nie ma wiedzy medycznej, żeby…”

„Proszę” – przerwał Kacper. „Tylko pięć minut. Jeśli nie zareaguje, obiecuję, że wyjdę i nigdy nie wrócę”.

Marek spojrzał na Zosię, która po raz pierwszy od miesięcy okazała zainteresowanie czymś. Klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się do Kacpra.

„Pięć minut” – powiedział w końcu – „ale będę obserwował każdy ruch”.

Kacper wszedł do sali rehabilitacyjnej i ostrożnie podszedł do Zosi. Dziewczynka obserwowała go z ciekawością, jej niebieskie oczy błyszczały w sposób, którego Marek nie widział od dawna.

„Cześć, księżniczko” – powiedział Kacper cicho. „Chcesz się ze mną pobawić?”

Zosia zamamrotała kilka niezrozumiałych słów i wyciągnęła rączki w jego stronę.

Kacper usiadł na podłodze obok wózka i zaczął nucić cichą melodię, delikatnie masując stopy dziewczynki.

„Co on robi?” – szepnęła Ewa do Marka.

„Wygląda na… technikę refleksologii” – odpowiedział Marek, zaskoczony. „Gdzie czternastolatek mógł się tego nauczyć?”

Kacper śpiewał i masował, przeplatając stopy i nóżki Zosi. Ku zdumieniu wszystkich, dziewczynka zaczęła wydawać ciche dźwięki zadowolenia, a jej nogi, zwykle sztywne, wydawały się bardziej rozluźnione.

„Zosia nigdy tak nie zareagowała na żadną terapię” – mruknął Marek, podchodząc bliżej.

„Ona lubi muzykę” – wyjaśnił Kacper, nie przestając. „Wszystkie dzieci lubią. Moja mama mówiła, że muzyka budzi części ciała, które śpią”.

Stopniowo zaczęło dziać się coś niezwykłego. Zosia poruszyła małym palcem u lewej stopy. Było to ledwo zauważalne, ale Marek, przyzwyczajony do dostrzegania najmniejszych oznak, zobaczył to natychmiast.

„Ewo, widziałaś to?” – szepnął.

„To mogło być mimowolne drgnięcie” – odpowiedziała terapeutka, choć w jej głosie było zwątpienie.

Kacper kontynuował jeszcze kilka minut, aż Zosia ziewnęła i okazała zmęczenie.

„Na dzisiaj wystarczy” – powiedział, wstając. „Jest już bardzo zmęczona”.

„Kacper” – zawołał Marek, gdy chłopiec kierował się do drzwi – „gdzie nauczyłeś się tego?”

„Mama była pielęgniarką, zanim zachorowała. Opiekowała się dziećmi ze specjalnymi potrzebami w szpitalu w naszym mieście. Gdy moja siostrzyczka urodziła się z chorymi nóżkami, nauczyła mnie wszystkiego, żeby jej pomóc”.

„A gdzie teraz jest twoja mama?” – zapytał Marek.

Twarz Kacpra spochmurniała. „Odeszła trzy miesiące temu. Bardzo zachorowała i nie mogła wyzdrowieć. Kiedy jej zabrakło, przyszedłem tutaj, bo zawsze mówiła o tym szpitalu. Mówiła, że są tu najlepsi lekarze”.

Marek poczuł, jak ściska go w gardle. Chłopiec stracił mamę, a wciąż chciał pomagać innym dzieciom.

„Kacper, gdzie teraz mieszkasz?”

„W parku naprzeciwko – na ławce pod dużym drzewem, które chroni przed deszczem”.

„To nie może tak dalej być. Jesteś przecież dzieckiem”.

„Daję sobie radę, panie doktorze. A teraz mam powód, żeby zostać – pomagam Zosi”.

Tej nocy Marek nie mógł spać. Wciąż myślał o chłopcu samotnym w parku i o niespotykanej reakcji Zosi na jego opiekę.

Rano przyszedł wcześniej i znalazł Kacpra siedzącego na ławce i czekającego.

„Dzień dobry, panie doktorze” – powitał go radośnie.

„Kacper, chodź ze mną. Chcę ci kogoś przedstawić”.

Marek zabrał go do gabinetu dr Hanny Nowak, cenionej neuropsychiatr dziecięcej.

„Haniu, to jest Kacper. WI wtedy Kacper uśmiechnął się, patrząc na Zosię stojącą o własnych siłach, i cicho powiedział: “Wiedziałem, że dasz radę, księżniczko”.

Leave a Comment