Złoto łapało światło lampy jak małe, uwięzione słońce.
Leżało rozrzucone na szklanym stole — dwa ciężkie bransolety, męski sygnet, delikatny łańcuszek z zawieszką w kształcie łzy. Obok nich spoczywał gruby skórzany portfel, niezapięty, z lekko otwartą klapą, spod której nawet z drugiego końca pokoju było widać zielone brzegi banknotów.
Wiktor Zalewski oddychał powoli i miarowo.
Za wysokimi oknami pałacyku wiatr szarpał cyprysy, a ich gałęzie z ledwo słyszalnym szelestem drapały o kamienne ściany niczym niespokojne paznokcie. Był późny październik w Sandomierzu, ten rodzaj chłodu, który wkrada się bez zapowiedzi. Dom, ogromny i dudniący pustką, tej nocy wydawał się wyjątkowo nieprzytulny.
Rozciągnięty na kremowej sofie w salonie, z jednym ramieniem luźno przerzuconym przez pierś, w niezdjętych butach, jakby padł ze zmęczenia. Jego srebrne włosy opadały na czoło, starannie nieuporządkowane. Jedno oko było otwarte o najmniejszy, wąski światek.
Usłyszał ją, zanim ją zobaczył.
Cichy, miękki stukot japonków na wypolerowanym drewnie.
Potem pauza.
Lekki, urywany oddech.
Zatrzymała się.
Dobrze, pomyślał. Oczywiście, że się zatrzymała.
Niemal widział jej odbicie w szklanej witrynie naprzeciwko — zarys smukłej sylwetki, osiemnastoletniej dziewczyny z ciemnymi włosami związanymi w luźny warkocz. Lena Morawska. Córka Róży, która sprzątała ten dom od prawie dwudziestu lat.
Imperium Wiktora zaczęło się w wynajętym magazynie z łuszczącą się farbą i powybijanymi szybami. Teraz był właścicielem firm logistycznych w trzech województwach. Miał w zarządzie ludzi, którzy uśmiechali się zbyt szeroko, partnerów, którzy ściskali jego dłoń, jednocześnie kalkulując, jak go przechytrzyć, i dalekich krewnych, którzy wynurzali się tylko wtedy, gdy zwąchali okazję.
Dawno się nauczył, że szczerość jest walutą znacznie rzadszą niż złoto.
Gdy Róża zachorowała trzy miesiące temu — choroba płuc spowodowana dziesięcioleciami używania chemicznych środków czystości i wdychania złego powietrza — Wiktor pozwolił jej córce zająć jej miejsce. To było prostsze niż zatrudnianie kogoś obcego. Lena przyjechała z jedną walizką i nieśmiałym skinieniem głowy.
Bystre oczy. Opalona skóra. Cicha.
Zbyt cicha.
Wiktor obserwował ją na obrzeżach swoich dni — jak kurzyła półki, nosiła pranie, podlewała ogród. Poruszała się z ostrożnością, jakby bała się czegoś zniszczyć, czego nigdy nie byłaby w stanie zastąpić. Rzadko spotykała jego wzrok.
Zastanawiał się, czy ta cisza to szacunek — czy wyrachowanie.
Tej nocy miał się dowiedzieć.
Wiatr zawodził w okapach. Wentylator na suficie obracał się leniwie nad nim. Wiktor jeszcze bardziej zwolnił oddech, pozwalając, by wydobył się z niego cichy chrap.
Japonki znów się poruszyły.
Bliżej.
Wyczuł jej obecność, zanim wyczuł ruch — zmianę w powietrzu, lekki zapach mydła i cytrynowego detergentu, który unosił się przy jej ubraniach. Stanęła na skraju stołu.
Pokój zdawał się wokół niego zaciskać.
Sekundy rozciągały się do granic.
Wyobrażał sobie pokusę naciskającą na nią: rachunki za szpital, leki, wilgotne mieszkanko, które dzieliła z matką po drugiej stronie miasta. Widział je raz, gdy podwoził Różę do domu po późnym przyjęciu świątecznym. Łuszcząca się farba, klatka schodowa śmierdząca stęchlizną. Bieda ma swój zapach, przypomniał sobie. Wilgoć i metal.
Każdego można kupić, powiedział sobie. Pytanie tylko, jaka jest cena.
I właśnie.
Cichy, metaliczny brzęk.
Jego puls drgnął gwałtownie.
Bransoletka.
Powstrzymał ochotę, by otworzyć oczy.
Kolejny dźwięk — szelest papieru o skórę.
Wzięła portfel.
Wiktor poczuł, jak wzbiera w nim znajome, chłodne zadowolenie, gorzka satysfakcja, która potwierdzała jego światopogląd. Nawet niewinność jest krucha. Nawet dziewczyny o bystrych oczach mają swoje granice wytrzymałości.
Dźwięki ustały.
Cisza zalała ponownie pokój.
Trwało to zbyt długo.
Niemal wyszedł z roli.
A potem—
Jej kroki się oddaliły.
Oddaliły?
Japonki minęły go, nie w kierunku drzwi, nie w kierunku korytarza.
W kierunku kuchni.
Czoło Wiktora drgnęło.
Czekał.
Trzydzieści sekund. Minuta. Dwie.
Na zewnątrz wiatr kontynuował swoje niespokojne krążenie.
Usłyszał, jak w kuchennym zlewie leci woda.
Potem otwiera się szuflada. Brzęk naczyń.
Co do diabła—
Kroki wróciły.
Zachował miarowy oddech, choć jego serce zabiło mocniej z powodów, których nie rozumiał.
Stała teraz obok niego. Tak blisko, że mógł poczuć ciepło jej ciała.
Na jego nogi opadł koc.
Niemal drgnął.
Wełniany, ten gruby z szafy pościelowej — ten, którego Róża zawsze nalegała, żeby używał, gdy pogoda się pogorszyła. Poczuł, jak Lena starannie otula go nim wokół boków, dbając, by przykrył także jego ramiona.
Jej dłoń zawisła na moment nad stołem.
Wyczuł ruch.
Złoto się poruszyło.
Ale nie zniknęło.
Zebrała biżuterię i portfel.
Szczęka Wiktora zaciśnęła się.
Poczuł, jak odchodzi.
Nie w kierunku drzwi.
W kierunku szafki przy kominku.
Do jego uszu dobiegł cichy, metaliczny dźwięk klawiatury ukrytego sejfu.
Zesztywniał w środku.
Skąd ona—
Oczywiście. Róża znała kod od lat. By przechowywać drobną gotówkę. By trzymać dokumenty w bezpiecznym miejscu.
Sejf zaskrzypiał otwierając się.
Usłyszał niepodważalny szelest papieru i cichy łomot kładzionej do środka biżuterii.
Potem drzwiczki sejfu zamknęły się.
Japonki znów zbliżyły się do niego.
Zatrzymała się koło jego głowy.
Wiktor ośmielił się otworzyć oko nieco szerzej.
Jej twarz była kilka centymetrów od jego. Troską zmarszczone czoło.
„Nie powinien pan tu spać”, szepnęła cicho, niemal do siebie. „Przeziębi się pan.”
Słowa nie były pełne urazy. Nie były szydercze.
Po prostu pełne troski.
SięgnęłaI pozostał tam, w cichym domu, wiedząc, że najcenniejszy skarb nie jest ze złota, ale z szacunku, który został mu ofiarowany bez żadnej ceny.



