Moja sąsiadka uparcie twierdziła, że widziała moją córkę w domu podczas lekcji… więc udawałam, że idę do pracy i schowałam się pod łóżkiem. Kilka minut później usłyszałam kilka par kroków przesuwających się korytarzem.
Nazywam się Alicja Nowak i zawsze myślałam, że wiem wszystko o swojej trzynastoletniej córce, Zosi. Po rozwodzie dwa lata temu byłyśmy tylko we dwie w naszym małym domku w cichej podwarszawskiej miejscowości. Była odpowiedzialna, inteligentna, grzeczna; nigdy nie sprawiała kłopotów. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Pewnego czwartkowego ranka, gdy wychodziłam z torbą do pracy, moja starsza sąsiadka, pani Zielińska, pomachała na mnie.
— Alicjo — powiedziała łagodnie — Zosia znowu opuszcza lekcje?
Byłam zaskoczona. — Opuszcza? Nie… chodzi codziennie.
Pani Zielińska zmarszczyła brwi. — Ale ja zawsze widuję, jak wraca w ciągu dnia. Czasami z innymi dziećmi.
Serce opadło mi ze strachu. — To niemożliwe — upierałam się, wymuszając uśmiech. — Na pewno się pani pomyliła.
Ale w drodze do pracy niepokój nie opuszczał mojej piersi. Zosia ostatnio była cichsza. Jadła mniej. Ciągle była zmęczona. Zrzucałam to na karb stresu w gimnazjum… ale co, jeśli to było coś poważniejszego?
Tego wieczoru przy kolacji wydawała się normalna: grzeczna, spokojna, zapewniająca, że w szkole jest „w porządku”. Kiedy powtórzyłam, co powiedziała pani Zielińska, Zosia na ułamek sekundy zesztywniała, po czym rozśmiała się, lekceważąc to.
— Pewnie kogoś pomyliła, Mamo. Ja jestem w szkole, obiecuję.
Ale wyczułam, że coś w niej drżało.
Próbowałam zasnąć, ale mój umysł wciąż pracował. A jeśli jednak opuszcza lekcje? A jeśli coś ukrywa? Coś niebezpiecznego?
O drugiej w nocy wiedziałam, co muszę zrobić.
Następnego ranka zachowywałam się, jakby wszystko było normalne. — Miłego dnia w szkole — powiedziałam, wychodząc z domu o siódmej trzydzieści.
— Tobie też, Mamo — odparła cicho.
Piętnaście minut później wsiadłam do samochodu, odjechałam kawałek, zaparkowałam za żywopłotem i w ciszy wróciłam do domu. Z każdym krokiem serce waliło mi jak młot. Wśliznęłam się do środka, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam prosto do pokoju Zosi.
Jej pokój był nieskazitelny. Łóżko idealnie posłane. Biurko uporządkowane.
Gdyby wracała potajemnie, nie spodziewałaby się mnie tutaj.
Więc położyłam się na dywanie i wczołgałam pod łóżko.
Było ciasno, zakurzenie i zbyt ciemno, by widzieć cokolwiek poza spodem materaca. Mój oddech był ciężki w ciasnej przestrzeni. Wyciszyłam telefon i czekałam.
9:00. Nic. 9:20. Wciąż nic. Nogi mi zdrętwiały. Czy wszystko sobie wymyśliłam?
Wtem…
KLIK. Drzwi wejściowe się otworzyły.
Całe moje ciało zastygło.
Kroki. Nie jedna para, ale kilka. Lekkie, pośpieszne, skradające się kroki, jakby dzieci starały się nie być słyszane.
Wstrzymałam oddech.
I wtedy usłyszałam:
— Cii, cicho — szepnął głos.
Głos Zosi.
Była w domu.
Nie była sama.
I cokolwiek działo się na dole… za chwilę miałam poznać prawdę…
Odgłos skrzypiącego drewna na schodach był jedynym dźwiękiem, który przerwał ciszę po szeptie Zosi. Jedne, drugie, trzy pary stóp. Może cztery. Ciężar każdego kroku odbijał się echem od desek podłogi jak cios młota prosto w moje nerwy. Zaciśnięte oczy, starałam się zlać z podłogą, modląc się, by nagromadzony pod ramą łóżka kurz nie kazał mi kichnąć i zdradzić moją pozycję.
— Jesteś pewna, że nie wróci? — zapytał męski głos. Brzmiał młodo, w przededniu mutacji, z tą kruchą barwą, która balansowała między niską a wysoką.
— Mówiłam ci już, Leon — głos Zosi był inny od tego, który znałam. Nie było w nim słodyczy, ani typowego dla nastolatków wahania. Był zimny, ostry, autorytarny. — Mama chodzi jak w zegarku. Zaczyna pracę o ósmej, ma przerwę o dwunastej i nie ma jej w domu do piątej trzydzieści. Przestań marudzić.
Poczułam nagłą falę mdłości. Czy to była moja córka? Ta mała dziewczynka, która poprzedniego wieczoru prosiła, żebym zrobiła jej gorącą czekoladę, bo było jej zimno?
Kroki dotarły na półpiętro i, ku mojemu przerażeniu, skręciły prosto w kierunku jej pokoju. Tam, gdzie byłam ja.
Zobaczyłam pierwsze buty wchodzące w moje pole widzenia, ograniczone ramą łóżka. Czarne adidasy, znoszone i oblepione zaschniętym błotem. Potem wojskowe buty, o wiele za duże dla osoby, która je nosiła. I wreszcie nieskazitelnie białe tenisówki Zosi. Te, które kupiłam jej dwa tygodnie temu w nagrodę za dobre oceny.
— Zamknij drzwi — rozkazała Zosia.
Kliknięcie zamka zabrzmiało jak strzał. Teraz byłam w pułapce. Gdyby zajrzeli pod łóżko, nie było ucieczki. Żadne okno nie było otwarte, żadna wymówka możliwa.
— Wyciągajcie to. Chcę to zobaczyć — powiedziała Zosia. Usiadła na skraju łóżka, tuż nad moją głową. Materac ugiął się nieznacznie, przyciskając do mojego ramienia. Czułam jej perfumy, mieszankę wanilii i truskawek, ten sam niewinny zapach co zawsze, ale teraz zmieszany z cierpką wonią strachu sączącą się z moich własnych porów.
Usłyszałam odgłos ciężkiego zamka błyskawicznego, jak od plecaka sportowego, gwałtownie otwieranego. Potem dźwięk czegoś metalowego uderzającego o drewnianą podłogę. I papier. Dużo papieru.
— Wszystko tu jest — powiedział chłopak w buciorach. — Dom Johnsonów, dom pani Zielińskiej i nowego gościa na rogu.
— Pani Zielińska? — Głos Zosi ociekał pogardą. — Ta wścibska starucha jest priorytetem. Prawie mnie przyłapała drugiego dnia. Staje się problemem.
Moje serce zamarło na moment. Pani Zielińska? Co jej robili?
— Co z nią zrobimy, Zosiu? — zapytał trzeci głos, tym razem kobiecy, drżący. — Nie chcę… no wiesz, nie chcę, żPoczułam, jak zimna determinacja wypełnia moje serce, wiedząc, że moja miłość do córki jest bronią, której żaden Projekt Chrysalis nie mógł przewidzieć ani kontrolować.



