Cztery podobne do niej, porzucone przez świat Postanowił je odnaleźć, by naprawić błędy przeszłości.5 min czytania.

Dzielić

Czarny SUV zatrzymał się z niemal zuchwałą płynnością przed czerwonym światłem na Alejach Ujazdowskich. Na zewnątrz Warszawa huczała mieszanką klaksonów, przekrzykujących się handlarzy i pary unoszącej się nad stoiskami z zapiekankami, która wdzierała się do wnętrza jak ciepły duch w wilgotny wieczór. Wewnątrz, za przyciemnionymi szybami, panowała cisza i chłodny blask luksusu.

Marcin Mazur rozluźnił węgel swojej włoskiej krawaty i pozwolił sobie na chwilę satysfakcji. Fuzja z azjatyckim konsorcjum była przesądzona. Kolejny, wart dziewięć zer kontrakt podpisany jego nazwiskiem. Kolejny krok, by przekształcić Grupę Mazur — niegdyś rodzinny interes — w imperium.

— Jedziemy tunelem z powrotem do siedziby, proszę pana? — zapytał kierowca, Janek, spoglądając na niego przez lusterko.

Marcin obserwował z oddali Zamek Królewski, złocisty i odległy jak obietnica, która już nie poruszała.

— Nie, Janku. Zostaw mnie tu. Chcę przejść się.

Janek zawahał się, ale głos Marcina nie pozostawiał pola do dyskusji.

— Jak pan rozkaże.

Marcin wysiadł. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i świeżo mieloną kawą z pobliskiej kawiarni. Szedł z wyprostowanymi plecami, jakby ciężar miasta należał do niego. Mając pięćdziesiąt dwa lata, pierwsze srebrne nitki w jego ciemnych włosach nie odbierały mu prezencji — wręcz ją potęgowały. Jego oczy — rzadki, chłodny błękit, odziedziczony po przodkach — onieśmielały całe sale konferencyjne.

Zapaliło się zielone światło dla pieszych. Marcin ruszył z tłumem, już mentalnie kalkulując czas do zebrania zarządu za czterdzieści minut. I wtedy je zobaczył.

Cztery identyczne dziewczynki, stłoczone na rogu, układały własnoręcznie zrobione bukiety w plastikowych wiadrach. Miały na sobie niematchingowe kurtki, ewidentnie z drugiej ręki, i bezpalczaste rękawiczki, które odsłaniały ręce zaczerwienione od chłodnego, deszczowego powietrza. Na kartonie opartym o wiadro było napisane: „Kwiaty za nadzieję. 10 złotych.”

Marcin minąłby je, jak zawsze. Miał w zwyczaju ignorować wszystko, co przypominało mu, że świat nie jest salą VIP. Ale coś go zatrzymało: delikatny owal ich policzków, godność w pochyleniu ich podbródków… i to absurdalne uczucie znajomości, które nie miało racji bytu.

Jedna z dziewczynek podniosła wzrok.

Marcin przestał oddychać.

Gwar miasta stał się wodą, jakby ktoś ściszył volume świata. Te oczy… oczy jego krwi. Ten sam, dokładnie błękit Mazurów. Nie na jednej twarzy. Na czterech.

Telefon w komórce wstrząsnął nim. Teczka wyślizgnęła mu się z dłoni.

— Mecenasie, zarząd pyta, czy się pan spóźni — powiedział głos jego asystentki, odległy, jakby dochodził z innego życia.

— Ja… oddzwonię — wybełkotał, rozłączając się, nie odrywając wzroku.

Dziewczynka, która spojrzała na niego pierwsza, zrobiła krok do przodu i podała mu mały bukiet stokrotek i goździków.

— Chce pan kwiatki, prosz pana? Są ładne. To dziesięć złotych.

Melodia tego głosu coś w Marcinie złamała. Nie przez dziecięcy ton, ale przez echo: tę samą nutę, którą niegdyś miało w sobie Victoria Nowak, jego była żona, zanim on wyrzucił ją ze swojego życia.

— Kim… kim wy jesteście? — wyparło mu się.

Dziewczynka zmarszczyła brwi, jakby pytanie było dziwne.

— Ja jestem Hania. To są Lilka, Zosia i Laura — powiedziała, wskazując na swoje siostry. — Jesteśmy „dziewczynkami od kwiatków”. Tak na nas mówią.

Laura, najmniejsza, pociągnęła za rękaw Hani z naglącą miną.

— Musimy iść. Pani Ruth się martwi.

W niecałą minutę, z wyuczoną efektywnością, schowały wiadra i bukiety i zniknęły w tłumie.

Marcin został sam, z teczką na ziemi i z dziurą, która piekła go w piersi.

Dziesięć lat.

Dziesięć lat od kiedy Victoria płakała przed nim, z dłonią na jeszcze płaskim brzuchu, powtarzając, że to cud.

Dziesięć lat od kiedy on, zdiagnozowany jako „bezpłodny” jeszcze na studiach, oskarżył ją o zdradę i wyrzucił z domu, by chronić nazwisko Mazur.

Tej nocy, w swoim penthousie na Saskiej Kępie, Marcin otworzył skórzane pudełko, którego nie dotykał od lat. Zdjęcia, kartki, wspomnienia z pięciu lat małżeństwa. Na zdjęciu ślubnym Victoria uśmiechała się zielonymi oczami i nienaruszoną nadzieją. Marcin zobaczył siebie młodszego, wciąż zdolnego do szczęścia, które teraz wydawało mu się obce.

Przypomniał sobie ostatnią kłótnię z bolesną jasnością.

— To cud, Marcinie — powiedziała Victoria, drżąc. — Lekarze się pomylili. To nasze dzieci.

A on, chłodny, elegancki, niszczący:

— Specjaliści byli jasni. Ja nie mogę mieć dzieci. Czyje są, więc?

Victoria wyjechała następnego dnia. Bez listu. Tylko nieobecność i jej pierścionek na stole.

Marcin myślał, że wygrał. Trzymał się tej wersji, bo pozwalała mu iść dalej, nie patrząc na pustkę, która w nim potem wyrosła. A jego siostra, Helena Mazur, umacniała tę narrację z doskonałym spokojem.

„Wykorzystywała cię.”
„Mówiłam ci.”
„Rodzina jest najważniejsza.”

Teraz cztery pary błękitnych oczu mówiły mu, że prawda była inna.

Wybrał numer do szefa ochrony.

— Nowak… musisz znaleźć cztery dziewczynki. Są identyczne, mają dziewięć lat. I odszukaj Victorię Nowak.

Odpowiedź przyszła następnego dnia, jak policzek.

— Proszę pana… Victoria jest na Grochowie. Wyrok sześć miesięcy za drobną kradzież. Siedzi już cztery.

Marcinowi pociemniało w oczach.

Drobna kradzież. Victoria… kobieta, która przepraszała nawet za wzięcie ostatniego ciasteczka. Kobieta, która śpiewała, układając kwiaty na kuchennym stole.

Następnego popołudnia Marcin podążył za dziewczynkami od Alej aż w coraz skromniejsze uliczki. Widział, jak w małej piekarni dzielą jedną bułkę z szynką na cztery równe części, jakby dzielenie głodu było rutyną. Potem weszły do zniszczonego budynku z wyblakłym szyldem:

„DOM NADZIEI — Schronienie dla kobiet i dzieci”.

Pani Ruth Arłamowicz, starsza kobieta o twardym spojrPani Ruth, starsza kobieta o twardym spojrzeniu, przywitała je ciepłymi uściskami, a dziewczynki wręczyły jej pieniądze ze sprzedaży tak, jakby składały jej w darze najcenniejszy skarb.

Leave a Comment