Dziwny chłopak ofiarował mi swoje ‘ostatnie szczęście’. Śmiałem się, aż poczułem, jak moje nogi wracają do życia… Teraz wiem, jaką zapłacił cenę.1 min czytania.

Dzielić

**Rozdział 1: Zepsuta winda**

Deszcz w Warszawie nie myje ulic, tylko sprawia, że brud staje się śliski. Tak myślałem, patrząc na kartkę przyklejoną do drzwi windy. Napis „Nieczynne” był napisany markerem na odwrocie ulotki od pizzerii. Trzeci raz w tym miesiącu.

Siedziałem, ściskając obręcze wózka, czując, jak wilgoć z holu wsiąka w bezwładne nogi. Nazywam się Marek Kowalski. Trzy lata temu byłem brygadzistą na budowie wieżowca, pomagałem zmieniać panoramę tego miasta. Miałem metr osiemdziesiąt pięć, ważyłem sto kilo czystych mięśni i żonę, która śmiała się jak dzwony w niedzielny poranek.

A potem był pijany kierowca na Trasie Łazienkowskiej. Teraz Ania leży pod ziemią, a ja w tym wózku, żyjąc z renty w budynku, gdzie rury grzewcze strzelają jak wystrzały przez całą noc.

„Cholera” — syknąłem, uderzając dłonią w podłokietnik.

DźDeszcz przestał padać, a w ciszy, która zapadła, usłyszałem tylko cichy szept wiatru niosący obietnicę czegoś nowego.

Leave a Comment