Gdy mała dziewczynka przerwała ciszę w przydrożnej knajpie – jej słowa złamały mi serce5 min czytania.

Dzielić

Część 1: Propozycja

Przyzwyczajasz się do spojrzeń. To pierwsza rzecz, której się uczysz, kiedy zakładasz naszywki. Dowiadujesz się, że dla reszty świata przestajesz być człowiekiem. Stajesz się statystyką. Zagrożeniem. Powodem, dla którego zamykają drzwi samochodu, gdy zatrzymujesz się na światłach.

Siedziałem w barze “U Stasia” przy drodze krajowej nr 8 na Mazowszu, próbując napić się czarnej kawy, która smakowała jak spalona opona, i zjeść kawałek sernika, który pewnie stał tam od trzech dni. Było jakoś koło drugiej po południu we wtorek. W lokalu panowała cisza—tylko buczenie lodówki za barem i cicha rozmowa dwóch kierowców ciężarówek w ostatniej ławce.

Zajmowałem sporo miejsca. Wiedziałem to. Mam metr dziewięćdziesiąt pięć, ważyłem ze sto dwadzieścia kilo, brodaty, w kurtce, która krzyczała do porządnych ludzi: “trzymaj się z daleka”. Mój kask leżał na stole, porysowany, obklejony naklejkami z każdego spelunka między Warszawą a Szczecinem. Nie szukałem kłopotów. Szukałem tylko kofeiny.

Ale atmosfera zmieniła się w mgnieniu oka, gdy zadzwoniły drzwi.

To nie był policjant. Ani ktoś z wrogiego gangu.

To była mała dziewczynka. Mogła mieć najwyżej sześć lat. Miała na sobie różową sukienkę, która lepsze dni miała za sobą, z błotem na brzegu i adidasy na rzepy, które się rozklejały. Jej włosy były potargane, jakby biegała wiatr.

W barze zapadła cisza. Tak głęboka, że słychać było muchę. Kelnerka, starsza, życzliwa kobieta o imieniu Halina, która dolewała mi kawę, unikając kontaktu wzrokowego, zastygła z ekspresem w ręce. Kierowcy przestali żuć.

Dziewczynka stanęła w drzwiach, rozglądając się po sali. Miała duże, niebieskie oczy pełne strachu. Ale było w nich coś jeszcze—determinacja.

Spojrzała na kierowców. Pokręciła głową. Na gościa w garniturze, który jadł sałatkę w kącie. Znów pokręciła głową.

Wtedy jej wzrok zatrzymał się na mnie.

Westchnąłem w duchu. No tak. O to chodzi. Zapyta, gdzie jest toaleta, a jej mama wpadnie i zacznie krzyczeć, że patrzę na jej dziecko.

Ale nie spytała o toaletę.

Zaczęła iść. Krok za krokiem, przez wykładzinę w kratę. Szła prosto na strasznego motocyklistę w kącie.

“Skarbie, nie zawracaj głowy temu panu”—Halina szepnęła zza lady, drżącym głosem.

Dziewczynka zignorowała ją. Podeszła do mojego stolika. Była tak mała, że jej nos ledwie wystawał ponad blat. Powoli odstawiłem kubek, patrząc na nią znad okularów przeciwsłonecznych. Nie uśmiechnąłem się. Nie zmarszczyłem brwi. Po prostu czekałem.

Wysunęła rączkę z kieszeni i wysypała coś na stół obok mojego sernika.

Był to zmięty pięciozłotowy banknot, dwa złote w monetach i grosz.

Spojrzała mi prosto w oczy, broda jej drżała, ale starała się być dzielna.

“Czy ty jesteś z Bandytów?”—zapytała. Miała piskliwy głos, ale wystarczająco głośny, by wszyscy usłyszeli.

Odsunąłem się, skórzana kurtka skrzypnęła. “Jeżdżę z klubem, mała. Dlaczego pytasz?”

“Mój tata mówi, że wy jesteście źli”—powiedziała. “Mówi, że bijecie ludzi i nikt się z wami nie zadziera.”

Poczułem, jak zaciska mi się szczęka. “Twój tata dużo gada.”

“Mówi, że jesteście potworami”—kontynuowała, łzy zaczęły jej napływać do oczu. “Mówi, że wszyscy się was boją.”

Rozejrzałem się po sali. Kierowcy patrzyli. Halina ściskała ekspres jak broń. Tak, wszyscy się bali.

“Czego chcesz, dziecko?”—zapytałem niskim głosem. “Jem.”

Popchnęła zmiętą gotówkę w moją stronę.

“Chcę cię wynająć”—powiedziała.

Mrugnąłem. “Wynająć?”

“Pięć złotych i jeden grosz”—wskazała na kupkę. “To wszystko, co mam. Wystarczy?”

“Na co?”

Wzięła głęboki, drżący oddech. “Żebyś odprowadził mnie do domu.”

Zmarszczyłem brwi. “Gdzie mieszkasz?”

“Trzy przecznice stąd.”

“Dlaczego nie możesz iść sama? Albo zadzwonić do rodziców?”

Spojrzała na swoje buty. “Nie mogę wrócić sama. On tam jest.”

Powietrze w barze zdawało się zamarzać.

“Kto tam jest?”—zapytałem szeptem, który usłyszała tylko ona.

“Ten zły”—szepnęła. “Mój ojczym. Znowu… niszczy rzeczy. Mama płacze. A on powiedział, że jeśli wrócę, da mi nauczkę.”

Krew we mnie ścięła się lodem. Tym lodem, który parzy.

“Zamknął cię na zewnątrz?”

“Nie”—otarła nos. “Uciekłam. Ale zapomniałam Misia. A mama mnie potrzebuje. Muszę wrócić. Ale boję się. Potrzebuję potwora.”

Spojrzała na mnie, łzy już płynęły po policzkach.

“Potrzebuję potwora, żeby przestraszył tego złego. Proszę. Dam ci wszystkie pieniądze.”

Spojrzałem na pięciozłotówkę. Na jej przerażoną twarz. Na osądzające spojrzenia innych gości, którzy nie mieli pojęcia, o co prosi ta dziewczynka.

Wstałem.

Krzesło głośno zaskrzypiało. Górowałem nad nią. Halina westchnęła za ladą, sięgając po telefon—pewnie po to, by wykręcić 997.

Wyciągnąłem rękę—dłoń wielkości szynki, z wytatuowanymi kostkami. Delikatnie odsunąłem pieniądze w jej stronę.

“Zachowaj je, dzieciaku”—mruknąłem.

Jej twarz się skrzywiła. Wyglądała, jakby właśnie skończył się jej świat. “To za mało?”

Wziąłem kask. Zdjąłem okulary, żeby widziała moje oczy.

“Nie chodzi o pieniądze”—powiedziałem. “Motocyklisty nie wynajmuje się za gotówkę. Wynajmuje się za szacunek. A ty pokazałaś więcej odwagi niż wszyscy faceci w tym barze.”

Wyszedłem zza stołu i spojrzałem na nią.

“Chodźmy po Misia.”

Część 2: Spacer

Zostawiłem na stole dwadzieścia złotych za niedojedzone ciasto i ruszyłem do wyjścia. Dziewczynka, która przedstawiła się jako ZZostała moim najważniejszym zleceniem, choć nigdy nie wzięłem od niej ani grosza, bo czasem wystarczy jeden mały głos, by obudzić w potworze człowieka.

Leave a Comment