Gdy uczciwość jest ważniejsza niż bogactwo – historia 73-letniej zbieraczki5 min czytania.

Dzielić

Nie umie czytać ani pisać, nigdy nie chodziła do szkoły, a swoje imię podpisuje zwykłym „X”.
Przeżywa za 600 złotych miesięcznie, które zarabia, zbierając puszki, kartony i plastikowe butelki.
By uzbierać te 600 złotych, musi zebrać blisko 600 kilogramów surowca co miesiąc.
Dwadzieścia kilogramów dziennie. Siedem dni w tygodniu.
To ciężka, mozolna, czasem upokarzająca praca.
Ale nie ma nic innego.

We wtorek, 14 marca 2024 roku, o szóstej rano, Pani Stanisława stała na swoim zwykłym miejscu, w dzielnicy Łódź-Bałuty, przeszukując śmietniki przy blokach.
Otworzyła dużą, ciężką foliową torbę — zwykle zły znak dla zbieraczy, bo ciężkie worki często kryją zgniłe resztki jedzenia.

Mimo to zajrzała do środka.

Znalazła tam granatowy plecak szkolny. Stary, ale zamknięty na zamek.
Otworzyła go.

I ujrzała pieniądze.
Mnóstwo pieniędzy.
Stosy banknotów po sto i pięćdziesiąt złotych, związane gumkami recepturkami.

Nie umiała dobrze liczyć, ale domyśliła się, że to majątek.

Rozejrzała się. Ulica była pusta.
Wrzuciła plecak do swojego wózka, przykryła go kartonami i wróciła do domu.

O ósmej rano zawołała sąsiadkę, Panią Halinę, która potrafiła czytać i liczyć.

„Halin, pomożesz mi to policzyć?”

Gdy tylko otworzyli plecak, Halina zbladła.
Liczenie zajęło jej czterdzieści minut.

„Stasia… tu jest sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.”

Pani Stanisława mrugnęła, zdezorientowana.

„Ile to?”

„To jak trzysta twoich miesięcznych zarobków. Piętnaście lat pracy.”

Cisza wypełniła izbę.
Pani Stanisława spojrzała na pieniądze, a potem na swoją drewnianą chatę: dziurawy dach, zepsuta kuchenka, wysłużona lodówka.

Za sto osiemdziesiąt tysięcy mogłaby naprawić wszystko.
Mogłaby przestać pracować na lata.
Mogłaby pojechać do Warszawy, odwiedzić córkę.

Ale tylko pokręciła głową.

„Halin, to nie moje. Ktoś musi być zrozpaczony, że to zgubił.”

O dziesiątej rano Pani Stanisława poszła na Komisariat Policji nr 14 w Łodzi, niosąc plecak.
Funkcjonariusz przyjrzał się jej: zbieraczka w zniszczonym ubraniu, pachnąca śmieciami, z podniszczonym plecakiem w rękach.

„Słucham, proszę pani? W czym mogę pomóc?”

„Znalazłam to w śmietniku. W środku są pieniądze. Dużo pieniędzy. Muszę znaleźć właściciela.”

Policjant otworzył plecak i zdrętwiał.

„Chce pani to oddać?”

„Tak. To nie moje.”

Policja przeliczyła zawartość: sto osiemdziesiąt tysięcy czterysta złotych.

Funkcjonariusz wyjaśnił:

„Bez dokumentów, bez dowodu własności… zgodnie z prawem, po dziewięćdziesięciu dniach te pieniądze stałyby się pani własnością.”

Pani Stanisława nie do końca zrozumiała, ale odpowiedziała:

„W takim razie będę przychodzić codziennie, aż właściciel się znajdzie.”

I tak robiła.

Dzień 1: „Znalazł się pan?”
Dzień 2: „A dzisiaj?”
Dzień 3, 4, 5, 6… każdego dnia, punktualnie o dziesiątej, wracała na komisariat.

Funkcjonariusze byli coraz bardziej poruszeni.
„Ta kobieta zarabia sześćset złotych miesięcznie, a chce oddać sto osiemdziesiąt tysięcy.”

Siódmego dnia policja opublikowała historię w mediach społecznościowych:
„Znaleziono sto osiemdziesiąt tysięcy złotych w granatowym plecaku na Bałutach. Znalazca pragnie je zwrócić. Jeśli to państwa zguba, prosimy o kontakt z dowodami.”

Post stał się viralem:
240 tysięcy udostępnień, 3,2 miliona wyświetleń.

A dziewiątego dnia wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło życie Pani Stanisławy.

Tego ranka do komisariatu przybiegł mężczyzna około czterdziestki, zdyszany, z dokumentami, wyciągami bankowymi i nagraniami z monitoringu swojego bloku.

Został okradziony.
Złodzieje zabrali plecak, myśląc, że jest w nim laptop służbowy.
Gdy odkryli, że są w nim tylko pieniądze — część przeznaczona na operację matki, reszta na spłatę długów — wyrzucili go do śmietnika.

Policja wezwała Panią Stanisławę.
Gdy mężczyzna zobaczył plecak, załkał.

„Uratowała pani życie mojej matce. Nie mam słów, by podziękować.”

Pani Stanisława tylko się uśmiechnęła.

„Idź z Bogiem, synku. Co twoje, do ciebie wrócić powinno.”

Historia obiegła całą Polskę.
Gazety, radio i telewizja chciały ją przesłuchać.
Ludzie w całym kraju wzruszyli się jej uczciwością.

W ciągu dni zaczęły napływać dary: żywność, meble, sprzęt AGD, materiały budowlane.
Grupa wolontariuszy zorganizowała zbiórkę — uzbierali ponad dwieście dwadzieścia tysięcy złotych, więcej niż kwota, którą oddała.

Dzięki pomocy społeczności Pani Stanisława wyremontowała dom, dostała nową lodówkę, kuchenkę, prawdziwe łóżko i dach, który nie przecieka.
I po raz pierwszy od dziesięcioleci mogła odpocząć kilka dni bez obawy o kolejny wózek śmieci.

Gdy zapytano ją, dlaczego oddała pieniądze, odpowiedziała:

„Bo gdyby były moje, też chciałabym, żeby mi je oddano. Bóg dał mi niewiele… ale dał sumienie.”

Dziś Pani Stanisława wciąż żyje skromnie, ale z większą godnością, wygodą i uznaniem.
Jej historia pozostaje przypomnieniem, że prawdziwa uczciwość nie ma nic wspólnego z bogactwem, tylko z wyborami, których dokonujemy.

I tak kobieta, która prawie nic nie miała, stała się symbolem tego, co naprawdę ważne.

Leave a Comment